Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Restauracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Restauracje. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 stycznia 2016

Odkrycia 2015 roku

Aby ostatecznie zamknąć już miniony rok, przygotowałam krótkie zestawienie odwiedzonych miejsc i spróbowanych potraw, które wywarły na mnie największe wrażenie. W tej pierwszej kategorii dominują miejsca odkryte na nowo, w drugiej – nie brałam pod uwagę dań przyrządzonych w domu. J

6 miejsc 2015 roku

Lizbona – przez długi czas była na liście moich podróżniczych marzeń, a kiedy udało mi się je spełnić, nie zawiodłam się. Polecam na przedłużony weekend zwłaszcza osobom spragnionym południowego klimatu. Znajdziecie tu wszystko, czego potrzeba do szczęścia: piękne zabytki, otwartych mieszkańców i urokliwe uliczki, szczególnie w dzielnicy Alfama.

niedziela, 3 stycznia 2016

Madryt: o futbolu, tapas i airbnb

Niespodziewanie Madryt uplasował się w czołówce listy moich ulubionych europejskich stolic. Niespodziewanie, gdyż pierwsza, dość krótka zresztą wizyta w tym mieście, która miała miejsce jakieś 10 lat temu, nie pozostawiła aż tak pozytywnych wspomnień. Tym razem spędziliśmy w stolicy Hiszpanii tylko przedłużony weekend, ale tyle wystarczyło, by się w niej zakochać. Niezatłoczony, pozasezonowy Madryt wydał nam się wyjątkowo przyjazny. Serdeczni ludzie, pyszne jedzenie, wyjątkowy design, piękna architektura i cudowne restauracje – to wszystko można znaleźć tu na każdym kroku!

niedziela, 27 grudnia 2015

Pogromcy Meatów

Plac na Rozdrożu jakoś zawsze był mi po drodze. I choć przecinają się tu ważne warszawskie arterie, a dookoła nie brak często odwiedzanych zabytków, z niezrozumiałych przyczyn był on poniekąd pustynią kulinarną. Żeby móc wybierać w restauracjach, trzeba było odbić w kierunku ulicy Mokotowskiej, albo zejść w stronę Solca. Wygląda jednak na to, że ta sytuacja na szczęście ulega zmianie za sprawą Pogromców Meatów, którzy otworzyli się przy Kredytowej 1.


Pogromcy Meatów specjalizują się w kanapkach i sałatkach których podstawowym składnikiem jest mięso – takie z najwyższej półki. Wystrój tej restauracji jest więc w dużej mierze zdefiniowany przez jej charakter: goście, których nigdy nie brakuje, mają do dyspozycji ledwie kilka miejsc siedzących i wydaje się, że więcej do szczęścia nie potrzeba. Z tego względu łatwo jest Pogromców przegapić, chociaż ten kameralny lokal już od otwarcia cieszy się na mieście dobrą sławą.

W przeciwieństwie do typowych barów z burgerami, zjemy tu dania z mięsem pod bardziej wyszukaną postacią. W karcie jest m.in. kanapka z chipsami ze skóry kaczki czy z ozorem. Pieczywo, które jest słabą stroną wielu burgerowni, tutaj sprawia że nie jestem w stanie zrezygnować z kanapki na rzecz sałatki, choć i ją chętnie bym spróbowała. Może uda się następnym razem, który z pewnością nastąpi niedługo? :-) Wypiekane na miejscu bułeczki o wyraźnym słodkawym posmaku wyjątkowo dobrze komponują się z pozostałymi składnikami kanapek. Pachną wprost obłędnie, kiedy najpierw tak sobie wyrastają na oczach gości, a potem rumienią się w piecu.

Poliki wołowe, choć to wyborne mięso, nie są najpowszechniejszym daniem w warszawskich lokalach. To tu spróbowałam ich po raz pierwszy, w kanapce z młodą grillowaną marchewką i siewkami rokitnik. Nie zawiodłam się: mięsa było bardzo dużo, było ono delikatne i podane z wyśmienitym sosem. Podobne wrażenie wywarła na mnie kanapka z żebrem.

Jestem przekonana, że będę wpadać do Pogromców częściej - czy to by wypróbować nowe kompozycje smakowe, na które niecierpliwie czekam, czy też kiedy po prostu najdzie mnie ochota na kawałek dobrego mięsa. Mam nadzieję, że restauracja zostanie tu na dłużej, a wiele pozwala sądzić, ze tak właśnie będzie.


Adres: ul. Kredytowa 1, Warszawa

niedziela, 20 września 2015

Londyn bez przewodnika

To zdecydowanie moja ulubiona europejska (i nie tylko) stolica i coś czuję, że całkiem niedługo może niespodziewanie nadarzyć się okazja do zdobycia dodatkowego materiału. Wszystko zaczęło się 10 lat temu, kiedy można było tam dostać fish & chips za 1 funta i kiedy moje wówczas jeszcze niepełnoletnie wizyty w zadymionych pubach na przedmieściach miały nielegalny smak. ;) Gdy ostatnio między półkami księgarni w dziale podróżniczym sięgnęłam z czystej ciekawości po raz pierwszy po przewodnik po Londynie, okazało się, że większość najważniejszych miejsc już odwiedziłam.


Oczywiście, jak w każdym innym mieście, można przemierzyć trasę 24-, 48- czy 72-godzinną, zaliczając wszystkie najważniejsze punkty: Parlament i Westminster, Buckingham Palace, Trafalgar Square, Picadilly Circus, St. Paul’s Cathedral, Tower Bridge, London Eye, Greenwich. Ponieważ jednak można dolecieć tu tanio, szybko i często, polecam nie zwiedzać wszystkiego na raz, lecz podążyć jednym ze szlaków tematycznych. Wiele ciekawych miejsc można odkryć zupełnym przypadkiem, a znany z filmów londyński klimat poczujecie nawet błądząc bez celu po mieście podczas jednodniowej wizyty. Tanie linie dolatują z Warszawy na trzy lotniska: Luton, Stansted (z Modlina) i Gatwick. Z każdego z nich można dość sprawnie dostać się do centrum.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Nowy Jork – miasto, które śpi o 6 rano

W telegraficznym skrócie: o 6 nad ranem Nowy Jork drzemie i tak zwiedzany na jet lagu jest najfajniejszy! Ulice jeszcze są puste, ale kawiarnie powoli już się otwierają. Potem pojawiają się jego śpieszący się gdzieś mieszkańcy, którzy zniecierpliwieni, z kubkiem kawy na wynos w ręku wymijają Cię, kiedy zatrzymujesz się na przejściu na czerwonym świetle. Nie zdziw się, jeśli wpadniesz na Broadwayu na znanego z hollywoodzkich superprodukcji aktora, albo gdy o 8 rano pod Rockefeller Center będzie dawać darmowy koncert kapela, której w każdym innym kraju posłuchać można jedynie za horrendalnie wysoką kwotę. I jeszcze jedna rzecz: w tym mieście spróbujesz każdej kultury świata – wszystkimi zmysłami! 
Dalej będzie już nie w skrócie.


poniedziałek, 22 czerwca 2015

Lizbona klasą ekonomiczną

Tym razem bardzo zależało mi, by moja kieszeń w jak najmniejszym stopniu odczuła zaplanowaną z dużym wyprzedzeniem wyprawę. Postanowiłam więc przygotować dla Was krótki poradnik, jak zorganizować długi weekend za granicą, nie ponosząc dużych kosztów. Lizbona okazała się dobrym miejscem, by odpocząć, dużo zobaczyć i wyszaleć się bez wydawania majątku.


Po moich ostatnich „północnych” podróżach brakowało mi południowego miasta: dużego, zatłoczonego, gwarnego, otwartego na obcych. W Lizbonie odnalazłam wszystkie te elementy, choć oczywiście wynikały z nich również pewne wady (bezdomni przy najbardziej reprezentacyjnych alejach, nagabywacze, śmieci na ulicach).

środa, 13 maja 2015

Momencik przy Poznańskiej

Po raz pierwszy z ideą weganizmu zetknęłam się kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych. Istniały tam już wówczas liczne restauracje wegańskie, a z ogólnodostępnych składników można było wyczarować takie cuda jak ciasto czekoladowe bez jajek. Tymczasem w Polsce mało kto pozwalał sobie jeszcze na rezygnację z samego mięsa. Dziś weganie mają tu coraz lepiej – do wegańskich burgerowni non stop ustawiają się długie kolejki, a zdobycie coraz bardziej egzotycznych składników przestaje być wyzwaniem.


Poznańska już od jakiegoś czasu stanowi małe restauracyjne zagłębie. Teraz można powiedzieć, że staje się powoli rajem dla wegan. Zjemy tu bowiem hummusy (z założenia wegańskie), wegańską pizzę i od niedawna również wegańskie burritos.

Kiedy zostałam zaproszona przez właścicieli niewielkiej restauracji „Momencik”, nie byłam pewna, czego się spodziewać. Nigdy nawet nie rozważałam wykluczenia mięsa z codziennego jadłospisu (co dopiero jaj, nabiału itd.!), ale zawsze lubiłam wykorzystywane w wegańskiej kuchni składniki i zwłaszcza latem mogły one mi z powodzeniem mięso zastąpić.

„Momencik” to koncept przywieziony ze słonecznej Hiszpanii, bowiem stamtąd pochodzą właściciel i szef kuchni. Restauracja jest niewielka, ale urządzona w jasnych barwach i wystarczająco widoczna z ulicy. Choć to długi weekend i ledwie po południu, w środku siedzą goście.

W karcie znajduje się 6 rodzajów burritos (z warzywami, soją, tofu lub seitanem), podawanych na zimno lub ciepło, w zależności od nadzienia. Ceny wahają się między 12 a 16 zł. Zdecydowaną zaletą restauracji jest stosunek ilości i jakości do ceny –w dość konkurencyjnej cenie gość otrzymuje całkiem pokaźną porcję. My decydujemy się na burrito orientale (marynowane przez kilka dni tofu, ryż, sałata, sos). Jestem bardzo pozytywie zaskoczona i nie przeszkadza mi brak mięsa. W smaku danie jest może niezbyt ostre, ale smaczne. Po zjedzeniu mojej połowy porcji czuję się najedzona, ale jednocześnie wciąż lekko.


W menu znajdziemy również zupę (w zależności od dnia: gazpacho, zupa z pora i alg konbu i inne), sałaty, nachos, trzy rodzaje ciast. Zupa jest smaczna i dobrze doprawiona. Lemoniada z esencją imbiru (ta pozycja również będzie zmieniana) orzeźwia, syci i… trochę piecze J.


Podczas tej wizyty po raz pierwszy spotkałam się z takimi nazwami jak seitan czy algi konbu, ale było to na tyle pozytywne doświadczenie, że chętnie wypróbuję nowe kompozycje, które mają się w przyszłości pojawić. Widać, że "Momencik" jeszcze się rozwija, ale na pewno ma duże szanse na zdobycie grupy stałych klientów. Wegan i wegetarian wciąż u nas przybywa, a tego typu restauracji jest jeszcze niewiele.

Adres: ul. Poznańska 16, Warszawa

poniedziałek, 2 marca 2015

Islandia: kraina lodu i ognia



Trudno o lepsze podsumowanie Islandii w trzech słowach niż jej popularne określenie: „kraina lodu i ognia” – tutejszy krajobraz faktycznie jest w 100% ukształtowany przez lodowce i wulkany. Co więcej, w Islandii wiele rzeczy potrafi zaskoczyć, zresztą bardzo pozytywnie. Kraj ten geograficznie jest bardzo od Europy oddalony i zalicza się go do Starego Kontynentu jedynie przez wzgląd na łączniki kulturowe.  

Zacznijmy od mocnego uderzenia: Islandczycy wierzą w trolle i elfy. Nie ograniczają się jednak do przekazywania młodszym pokoleniom opowieści i legend, lecz postępują tak, jakby faktycznie żyli na jednym świecie z różnymi niecodziennymi istotami. To nie żart, że przed kilkoma laty zmodyfikowano plany budowy drogi, aby ominąć wioskę elfów. W sumie i ja zaczęłam wierzyć w trolle po tym, jak zginęło mi w dziwny sposób kilka rzeczy (trolle znane są z tego, że lubią podkradać różne rzeczy).

Niektórych jeszcze bardziej zdziwi fakt, że Islandia nie ma swojego wojska, a tutejsza policja nie nosi (i nawet nie chce nosić) broni. Kilka lat temu pierwszy raz trafił się szaleniec, który strzelał do przechodniów z okna – kiedy policja otworzyła do niego ogień, potem publicznie za to przepraszała. Jest to więc jeden z najbezpieczniejszych krajów świata. Ludzie są szczęśliwi, kierowcy przepuszczają pieszych, przypadki alkoholizmu leczy się przymusowo i nikt nie obawia się zostawić na noc przed domem nieprzypięty rower. Co ciekawe, skazani na karę więzienia są wpisywani na specjalną listę kolejkową, gdyż w całym raju są tylko trzy zakłady.  


Ponieważ historia Islandii wyznaczana jest przez erupcje wulkanów (jedna z nich była przyczyną wybuchu rewolucji francuskiej!) i trzęsienia ziemi, nie ma na wyspie dużo drzew i już dwa rosnące obok siebie nazywane są lasem. Natomiast gdy wybucha wulkan, Islandczycy wcale nie wpadają w panikę, lecz łapią za aparaty i podążają w stronę krateru, by zrobić jak najlepsze zdjęcia erupcji. Woda z kranu, ogrzewana przez gorące źródła, pachnie siarką. Zimna za to nadaje się do bezpośredniego spożycia. 

piątek, 23 stycznia 2015

Hity i kity Szanghaju

Szanghaj to najlepsze miejsce pod słońcem, żeby przekonać się, czym jest nowoczesność w chińskim wydaniu. Nie szukajcie jej ani w Pekinie, ani w Hongkongu, który choć jest ponoć ładniejszy, to jednocześnie też mniej „chiński”. Żaden inny ośrodek nie rośnie w takim tempie i nie może poszczycić się tyloma cudami techniki, pozostając jednocześnie zielony i zadbany. Może sam w sobie Szanghaj nie stanowi jakiejś wielkiej atrakcji, ale warto zatrzymać się tu w podróży między dwoma wyżej wspomnianymi miastami. Oczywiście, tak jak wszędzie, są tu punkty które pozytywnie zaskakują i takie, które można sobie odpuścić.

środa, 9 lipca 2014

Jak smakuje Bliski Wschód

Polacy polubili kuchnię bliskowschodnią - nie tylko tanie budki z kebabem, ale przede wszystkim nowe, modne lokale typu humus bar. Kuchnia bliskowschodnia jest zdrowa i smaczna, zaś kucharzom stwarza szerokie pole do popisu (odkąd odkryłam humus, próbowałam przyrządzić go w domu chyba ze wszystkich możliwych składników). Warto przyjrzeć się tej części świata od kuchni.


Rys geograficzny
Splot czynników historycznych i geograficznych sprawił, że możemy rozpatrywać kuchnię kilkunastu krajów Bliskiego Wschodu jako kuchnię jednego regionu, ponieważ przez wieki przenikały się ich wzajemne wpływy. Pod pojęciem Bliskiego Wschodu kryją się więc: Arabia Saudyjska, Bahrajn, Egipt, Irak, Iran, Izrael z Palestyną, Jemen, Jordania, Katar, Kuwejt, Liban, Oman, Syria, Turcja czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, a w kuchni tego regionu wyodrębnić można: turecką, arabską, izraelską i perską. Choć nawet kilka tysięcy kilometrów dalej odnajdziemy podobne składniki i przepisy, jak chociażby w Maroko. Wśród wymienionych „grup” w Polsce chyba najmniej znana jest kuchnia perska. Irański chleb z dodatkiem wody różanej lub szafranu jest jednym z najbardziej charakterystycznych jej dań.

Główne składniki
W bliskowschodniej kuchni królują warzywa (bakłażan, pomidor, papryka, cukinia), owoce (granat, cytryna, figa – dodawane również do dań głównych), zioła oraz rośliny strączkowe (ciecierzyca, soczewica, bób). Mięsa reprezentowane są przede wszystkim przez jagnięcinę i baraninę, podawane nierzadko w towarzystwie jogurtu.
Mieszkańcy tego regionu nie wyobrażają sobie życia bez humusu – pasty z ciecierzycy i zmiksowanych ziaren sezamu (pasta tahini). Wymyślony według legendy przez sułtana Saladyna w czasach wypraw krzyżowych, jest dziś przedmiotem sporu między Izraelem a Libanem. Arabowie, którym nie udało się zastrzec praw do produkcji humusu, oskarżają Izrael o przywłaszczenie sobie tej nazwy. Humus jest bogaty w białko roślinne i razem z pieczywem oraz mlekiem wielbłąda jest nieodłącznym elementem śniadania Beduinów, którzy tak posileni, mogą następnie wędrować przez cały dzień przez pustynię. Kraje Bliskiego Wschodu mają swoje odmiany kebabu, lecz co ciekawe, nazwa ta wywodzi się ponoć właśnie z języka perskiego.

Kultura jedzenia
Wysoka kultura jedzenia przejawia się tu celebrowaniem posiłków i licznymi tradycjami towarzyszącymi poszczególnym okazjom, jak narodziny dziecka, ślub czy pogrzeb. Na co dzień na śniadanie (w piątki spożywane nieco później) podaje się zazwyczaj chleb, jogurt, oliwki, daktyle, białe sery, dżemy i konfitury. Główny posiłek serwowany jest w ciągu dnia i składa się dań mięsno-warzywnych (lub rybnych w regionach nadmorskich). Dominujące dodatki to: kasze, ryż, pieczywo i świeże warzywa. Kolacja, podobnie do śniadania, jest skromniejsza i podawana na zimno, chyba że przygotowana została dla gości, którym gospodarze nigdy niczego nie żałują. Taką specjalną kolację kończy wniesienie na stół słodyczy, owoców i kawy. Ta zaś bywa tu mocna, czarna, z fusami i podawana na przykład kardamonem. Smakuje wyśmienicie nawet w plastikowym kubku! Co ciekawe, dania pojawiają się na stole jednocześnie i uczestniczący w tym rytuale powinni spróbować wszystkiego po trochu. Z kolei w Ramadanie, czyli miesiącu postu, jada się tylko dwa posiłki: przed i po zachodzie słońca. Ten pierwszy powinien dostarczyć sił na cały dzień. Wieczorny posiłek składa się natomiast z trzech dań: daktyli, zupy i dania głównego.

Bliski Wschód w Warszawie
W poszukiwaniu bliskowschodnich smaków warto zajrzeć na Poznańską. Ostatnio w Warszawie otworzyło się sporo restauracji, w których można spróbować najpopularniejszych potraw kuchni libańskiej czy marokańskiej, lecz moim zdaniem na ich tle zdecydowanie wyróżnia się Beirut hummus & music bar. Od mojej ostatniej wizyty w tym miejscu minęły co prawda dwa lata, ale to przy Poznańskiej powstały pierwsze lokale oferujące coś nowego, unikalnego (jak chociażby zlokalizowana po drugiej stronie ulicy Tel-Aviv Cafe). Beirut może nie jest najtańszy, a ich humus mógłby być podawany w mniej prowizorycznych naczyniach, ale główna zaleta tego miejsca tkwi w najważniejszym: menu (nie można nie zamówić bakłażana z pestkami granatu i orzeźwiającej mięty) i wystroju (kafelki na ścianach, otwierane latem okna), który przybliża atmosferę do tej panującej (zapewne) w tytułowym mieście. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Warsaw’s multitap bars

Po burger barach, kawiarniach z bubble tea i stoiskach z mrożonymi jogurtami, na warszawski rynek gastronomiczny wkroczyły multitap bary. O ile ciężko mi zrozumieć te dwa pierwsze trendy - a przynajmniej skalę zjawiska - tak ten ostatni przyjmuję ze sporym zadowoleniem. Nowe lokale wciąż powstają, lecz nie w aż tak szybkim tempie, by cierpiała na tym popularność poszczególnych pubów. 

Brakuje mi w Polsce kultury picia alkoholi. W Tbilisi są winiarnie, w których można usiąść i napić się wina. W Alzacji można spróbować kilku gatunków w specjalnych małych kieliszkach zanim kupi się to najlepsze. W Belgii natomiast do rangi wytwornego trunku urasta piwo, kojarzone u nas raczej z puszką, kanapą i golonką. Tam podawane jest w kieliszkach, w których nabiera zupełnie innego smaku. Belgijskie piwo należy do moich ulubionych ze względu na różnorodność gatunków i bogactwo smaków (nawet te kilkunastoprocentowe charakteryzują się owocową nutą).

Multitap bars to idealne miejsce na spotkanie w gronie znajomych w letni wieczór – możecie tu spróbować co najmniej kilkunastu gatunków piw z kija i kilkudziesięciu butelkowanych, w nieco innej scenerii niż przy drewnianej ławie, z plastikowego kubka, jak to się do tej pory robiło. Fajnie więc, że zaczęły powstawać i w Warszawie. Jednymi z pierwszych były Kufle i Kapsle, w których nie udało mi się jeszcze zawitać na dłużej, gdyż za każdym razem w tym niewielkim pubie brakowało wolnych stolików. Równie modne są Cuda na Kiju, otwarte w miejscu, gdzie wcześniej znajdowała się kawiarnia Moments Tasty Life. Po tej stronie Alei Jerozolimskich wciąż niewiele się dzieje, ale każdy lokal pod tym adresem ma u mnie spory plus za samą lokalizację – przeszklone ściany tworzą wyjątkowy klimat, o ile oczywiście nie siedzi się w piwnicy. Oprócz piwa, można tu zjeść pizzę z ciekawie skomponowanymi dodatkami.

Przy ulicy Parkingowej, niespodziewanym nowym zagłębiu knajpek, otworzył się w zeszłym roku Piw Paw. W ofercie degustacja piw, coś na ząb i wieczny radosny gwar. Belgijskiego piwa z kija napijecie się również w Chmiel Cafe, która stawia na oryginalne połączenie, bowiem jej drugim filarem są włoskie lody i wypieki. 

I wreszcie, Delirium. Najsłynniejszy lokal w Brukseli przyciąga piwoszy z całego świata. W ofercie tego pubu znajduje się ponad 2 tysiące różnych piw z 60 krajów, co jest oficjalnym rekordem zapisanym w Księdze Guinnesa. Lokal mieści się w jednej z piwnic na starówce, a za stoły służą tu olbrzymie beczki. Największą popularnością cieszy się piwo podawane w wielkich kilkulitrowych kuflach. Wieczorami można posłuchać muzyki na żywo. Filie powstały nawet w Brazylii i Japonii, a niedawno również w Warszawie, na Nowym Mieście, gdzie dotąd bywałam dość rzadko i mam nadzieję bywać teraz częściej. Lokal nie jest duży, może nie ma tu jeszcze wielkomiejskiej atmosfery, ale jest za to pyszny kriek z kija.

środa, 23 października 2013

Praga czeska



Chlubą miast nowoczesnych są designerskie restauracje, kawiarnie i bary, urządzone z pomysłem, pod chwytliwą nazwą. Takie miejsca bywają przyjemne, ale na próżno szukać w nich jeszcze ducha historii. Praga, choć dużo bardziej wielokulturowa i liberalna od polskich miast, przyciąga natomiast secesyjną atmosferą: ponieważ przy stołach tutejszych lokali powstawały dzieła najważniejszych artystów, tradycja kawiarni literackich uchowała się do dziś i śmiało można zwiedzać to miasto szlakiem tych historycznych restauracji, które pozwalają wyobrazić sobie, jak żyli wielcy twórcy XX czy XIX wieku. 


Stolica Czech położona jest na wzgórzach, skąd wynika szereg jej innych cech: jest całkiem nieprzystosowana do rowerzystów, ale jest również piękna. To także miasto:

  • gąszczu wieżyczek i kopuł, do zaobserwowania z jednego z punktów widokowych (np. na Hradczanach lub z wieży ratusza na Starym Mieście). Te najbardziej charakterystyczne wieże należą to Kościoła Tyńskiego i stały się dla mnie kwintesencją czeskiej architektury;
  • ponoć niemiłych kelnerów (a zatem miasto dla ostrożnych: na nie zawsze wręczanym rachunku odnaleźć można kwotę powiększoną o szereg niezamówionych pozycji);
  • świetnie utrzymanych kamienic, z których każda mogłaby uchodzić u nas za perełkę i dla których warto opuścić ścisłe centrum;
  • dla ludzi z dobrą kondycją, gdyż przystanki komunikacji miejskiej znajdują się w pewnym oddaleniu od tych najsłynniejszych miejsc, w związku z czym trzeba się tu trochę nachodzić;
  • witryn, z których spogląda na przechodniów Krecik;
  • miasto, w którym nie ma dwupiętrowych autobusów ani dorożek dla turystów, są za to stare czerwone (i nie tylko) samochody. Kierowca takiego auta przewiezie chętnych m.in. przez dawną dzielnicę żydowską i ulicę Paryską, na której rozwinął się handel dobrami luksusowymi – swoje butiki mają tu najdroższe domy mody.
Jest jednak kilka miejsc, do których trzeba dotrzeć na piechotę. Przez jeden z najsłynniejszych mostów świata, XIV wieczny most Karola nie przejedziemy autobusem czy samochodem. Mimo to w ciągu dnia jest tu tak ciasno, że trzeba nadludzkiej cierpliwości, by przedrzeć się na drugą stronę lub zrobić pamiątkowe zdjęcie. Ciekawą opcją wydaje się więc być mniej oblegana pora, jak na przykład wschód Słońca. Z ruchu kołowego i poniekąd pieszego wyłączona jest Złota Uliczka na Hradczanach. Zamieszkiwana w przeszłości przez złotników, biedotę i artystów, dziś dostępna jest tylko dla tych, którzy zechcą zapłacić za wstęp. Na tym tle wyróżnia się Tańczący Dom, przykład architektury nowoczesnej (wybudowany wszak został w 1996 roku).

Kawiarnie, karczmy i jedzenie uliczne
Jak pisałam, nieodłącznym elementem praskiego rynku gastronomicznego są kawiarnie, zwłaszcza literackie. Lokale te od lat funkcjonują w najlepszych praskich lokalizacjach. Nawet jeśli można mówić o znaczącym przereklamowaniu i nawet jeśli 90% klientów stanowią dziś turyści, warto wpaść chociażby do najsłynniejszej z nich, Cafe Slavia, śladem aktorów mieszczącego się naprzeciwko Teatru Narodowego, którzy niegdyś wpadali tu na pogaduchy po ciężkim dniu pracy. Firmową pozycją w karcie jest seksint – koktajl z szampana i absyntu. Ponoć smak pozostawia wiele do życzenia, ale spróbować trzeba – jeśli znajdzie się stolik z widokiem na rzekę Wełtawę, może to być nawet ciekawym doświadczeniem. Są również miejsca, w których można odpocząć od turystycznego zgiełku, jak chociażby Le Patio przy ulicy Národní 22.
Pierwsza rada dla turystów odwiedzających Pragę brzmi: zanim wyjdziesz na Starówkę, sprawdź w przewodniku/ Internecie lub najlepiej zapytaj mieszkańca tych okolic o polecaną restaurację. Z dużym prawdopodobieństwem wizyta w niesprawdzonym lokalu, który „wygląda ładnie” zakończy się - jak w moim przypadku - gastronomiczną wpadką, niemającą nic wspólnego z tradycyjną kuchnią czeską. Dlatego warto postawić na proste karczmy, których niewątpliwą zaletą są niskie ceny, duże porcje i tradycyjne, smaczne jedzenie. Koniecznie trzeba zajrzeć do Havelskiej Koruny – lokalu położonego tuż przy Starówce i utrzymanego w stylu baru mlecznego. Przy wejściu otrzymacie tu karteczkę, na której będziecie zbierać numerki wybranych dań. Na koniec, przy wyjściu uiszcza się opłatę na podstawie takiego właśnie rachunku. W menu znajdziecie tu chociażby zupę czosnkową, ziemniaczaną, smażony ser, knedliki na słodko lub na słono, czy miodownik, czyli wszystko to, z czego słynie kuchnia czeska. 
Już na Starówce kuszą stoiska z jedzeniem  ulicznym: kiełbaskami, plackami ziemniaczanymi podawanymi z kapustą, naleśnikami czy trdelnikami. Trdelnik to tradycyjne słodkie ciasto opiekane nad ogniem, popularne w Czechach, na Słowacji i Węgrzech (tam znane jest pod nieco inną nazwą). Owijane jest wokół rożna i posypywane cukrem wymieszanym z orzechami oraz cynamonem, które nadają mu ciekawy smak. 

sobota, 5 października 2013

Praga warszawska (Podejście trzecie)



Czasami wystarczy wysiąść kilka przystanków dalej, by znaleźć się w zupełnie innym świecie. Plan dotarcia do najbardziej charakterystycznych miejsc na warszawskiej Pradze powstał już rok temu, ale dopiero niedawno udało mi się go zrealizować. Mimo, że te miejsca to prawdziwe perełki, są one dobrze ukryte przed przypadkowym przechodniem. Poza tym, nawet gdyby uznać wszystkie kryminalne historie na temat tej dzielnicy jedynie za legendę, nie wypuściłabym się tu sama po zmroku. Dlatego też czekałam na odpowiednią porę roku, dnia i towarzystwo nastawione równie entuzjastycznie jak ja. :-) O Pradze pisałam już kilka razy, ale nigdy w kontekście jej niesamowitej historii.

Obecny wygląd tej dzielnicy odnajduje uzasadnienie w historii – i to już tej odległej. W czasach, kiedy Praga nie należała jeszcze do Warszawy, bezpieczne schronienie odnajdywali tu przestępcy. Tutaj również pozwalano osiedlać się mniejszościom, którym nie przyznawano prawa do zamieszkiwania w centrum miasta. Kluczowe wydają się jednak wczesne lata powojenne: większość środków przeznaczonych za odbudowę miasta została zainwestowana w o wiele bardziej zniszczoną lewobrzeżną Warszawę – stąd też na Pradze do dziś można zaobserwować ślady po kulach w ścianach domów. W tutejszych kamienicach przymusowo kwaterowano ubogie rodziny robotnicze, do których z czasem dołączyli przyjezdni, którzy poszukiwali pracy w stolicy oraz imigranci. A przestępczość kwitła: przez wiele lat za jej kolebkę uchodził Bazar Różyckiego. Polityka zwalczania przestępczości ograniczała się zaś do tuszowania problemu – w ten sposób powstały najdłuższe warszawskie bloki mające zasłonić biedne dzielnicowe podwórka. Społeczeństwo pozostawiono więc samemu sobie, zamykając je w środowisku sprzyjającym rozwojowi przestępczości, której wysoki poziom jest wciąż na Pradze faktem. Nie przychodzi mi jednak do głowy bardziej autentyczny fragment Warszawy.

Praskie kapliczki
Wśród tematycznych wycieczek po Pradze dużą popularnością cieszą się spacery śladem kapliczek, których w tej części miasta jest w bród. Jedna z ciekawszych mieści się w podwórku przy Ząbkowskiej 12. Jej jaskrawoniebieski kolor przywodzi na myśl klimaty meksykańskie. Takie kapliczki tak naprawdę powstawały po obu stronach Wisły - większość z nich w czasach okupacji, kiedy częste aresztowania i godziny policyjne zmuszały ludzi do pozostania w domach. Dzięki takim przydomowym figurkom mogli oni modlić się bez wychodzenia da ulicę (do kościoła). Co ciekawe, część kapliczek przylegała do domów, których właścicielami byli Żydzi – w ten sposób zachęcali oni chrześcijan do wynajmowania u nich mieszkań. Ponieważ Praga uległa znacznie mniejszym zniszczeniom niż dzielnice lewobrzeżne, to tutaj uchowało się najwięcej kapliczek.

Praskie kamienice
Praga słynie z nieodrestaurowanych, niszczejących domów podziurawionych kulami, które jednak noszą wciąż ślady swojej dawnej świetności. Za jeden z najstarszych i najpiękniejszych uchodzi Dom pod Sowami, czyli Kamienica Massalskich przy ul. Okrzei 26. Wybudowana na początku XX wieku, nazwę zawdzięcza ustawionym na szczycie figurom sów z rozpostartymi skrzydłami, zdjętym w marcu 2007 r. Kamienicę czeka generalny remont, a zgodnie z planami inwestora, powstanie w niej  pub, restauracja, mieszkania i luksusowe apartamenty. 

Praskie klatki schodowe
Jak dla mnie, najbardziej fascynującą okazała się być wycieczka śladem klatek schodowych. Z zewnątrz przeciętne kamienice kryją w środku zaskakująco piękne skarby, o których można nie mieć pojęcia, choć przechodzi się obok! Najcenniejszą wśród tych perełek jest zdecydowanie klata schodowa w Kamienicy Galberga przy ul. Kłopotowskiego 38. Tutejsza fasada jest co prawda bogato zdobiona (przed wojną ornamentów było znacznie więcej), lecz obowiązkowo trzeba przynajmniej spróbować zajrzeć do środka. W tym celu należy pokonać oryginalne drzwi z secesyjnymi motywami, co nie powinno stanowić problemu. Miejsce jest popularne wśród takich alternatywnych wycieczek w przewodnikiem i fotografów ślubnych (na kolejnych drzwiach wisi informacja o konieczności uzyskania pozwolenia na fotografowanie). Zresztą mieszkańcy są przyzwyczajeni do wzmożonego ruchu turystycznego i zdarza się, że sami wpuszczają zwiedzających. W jaskrawozielonym przejściu skręcamy w lewo i…  

W innym stylu utrzymana jest klatka przy ulicy Targowej 84. Narożna kamienica na rogu ul. 11-go Listopada, również pochodząca z początku XX wieku, nie wyróżnia się z zewnątrz niczym specjalnym. Aby dostać się do osławionej klatki, obecnie należy przejść przez podwórko przy Targowej 80. Dekoracje zaczynają się w przejeździe bramnym i wskazują na śląskie pochodzenie architekta i właściciela nieruchomości, Adolfa Dybicza, który sprowadził do Warszawy tzw. śląski barok. Na klatce świetnie zachowały się polichromie, gipsowe sztukaterie, freski i marmurowe okładziny. Pięknie prezentują się  również masywne drzwi każdego z mieszkań. 

Praskie ulice
Kilka jest tu ulic o nie najlepszej sławie. Weźmy taką Brzeską, której poznawanie w moim przypadku ogranicza się do obserwacji zza okien samochodu. Tym razem dotarłyśmy na Stalową, która tego dnia o dziwo wydała się nagle naprawdę piękna, kolorowa, autentyczna i spokojna. Dobrym pretekstem, by tutaj zajrzeć jest rzadki, lecz wciąż spotykany tu przykład oryginalnego drewnianego budownictwa (ul. Środkowa) czy też fragmenty mykwy zachowanej w bramie kamienicy nr 40/42. 

Szynk Praski, Stalowa 37 Jeżeli jesteś na Pradze i chcesz zjeść w klimatycznym, ale niekoniecznie najmodniejszym miejscu, wpadnij do Szynku Praskiego. Restauracja serwuje tradycyjną polską, by nie powiedzieć praską kuchnię, jakiej nie dostaniemy nigdzie indziej. Wystrój przenosi gości kilkadziesiąt lat wstecz. W karcie znajdziemy dania i napoje typu: oranżada (taka jak za dawnych lat), kwas chlebowy, liczne piwa, flaki, nóżki, tatar, pierogi czy schabowy, ale pod bardziej sugestywnymi nazwami zaczerpniętymi z gwary warszawskiej. Jak zapewnia właściciel, wszystko jest robione na miejscu i dostępne w przystępnych cenach. Spodobało mi się menu w formie grubej tekturowej tabliczki oraz możliwość, by latem usiąść na zewnątrz. Duży plus za miłą obsługę. Szkoda, ze to tak daleko i każdą wyprawę trzeba długo planować...

czwartek, 26 września 2013

O’zapft is! 180. Oktoberfest

Jest kilka takich miejsc, które po prostu trzeba odwiedzić o odpowiedniej porze. Jeśli Rio i Wenecja, to tylko podczas karnawału. Jeżeli Monachium, to tylko w Oktoberfest*. Co prawda tradycyjne zwiedzanie tych miast lepiej jest zaplanować na inną datę, lecz moim zdaniem w żadnym innym terminie wizyta nie dostarczy tylu informacji na temat ich kultury i mieszkańców. Po moim pierwszym Oktoberfeście (wyjazd zaplanowałam z rocznym wyprzedzeniem) zaczynam doskonale rozumieć ludzi, którzy przyjeżdżają tu co rok.

Chcemy zobaczyć ceremonię otwarcia, podczas której burmistrz Monachium dwoma wprawnymi ruchami odszpuntowuje młotkiem pierwszą beczkę z piwem, wypowiadając słynne „O’zapft is!” (Odszpuntowana!). W rzeczywistości jest to mało realne, gdyż trzeba zjawić się na Theresienwiese dużo wcześniej. Jednak już samo przyjście tutaj o każdej porze dostarcza wielu wrażeń.

Na tych kilkanaście dni całe Monachium przywdziewa Drindl (tradycyjny gorset ze spódnicą) i Lederhosen (męski skórzane spodnie) – również urzędnicy, kelnerzy i sprzedawcy w sklepach. Najchętniej czynią to jednak turyści (co roku przyjeżdża tu ich 6-7 milionów), którzy zaopatrują się w sklepikach z pamiątkami i na straganach. Miejscowi kupują stroje od certyfikowanych producentów. Za taki Drindl trzeba zapłacić nawet kilkaset euro, można jednak oczekiwać najwyższej jakości i pięknego wykończenia. Mi wystarczy na jeden dzień tyrolska bluzka, po drodze dostaję do tego bawarski kapelusz. Kilka przystanków od centrum jesteśmy jeszcze jedynymi przebranymi pasażerami, ale z każdym przystankiem takich pasażerów przybywa. Po wyjściu z metra wystarczy już tylko podążać za radosnym kolorowym tłumem.

Docieramy do Theresienwiese, gdzie w 1810 roku świętowano ślub bawarskiego księcia Ludwika z księżniczką Therese von Sachsen-Hildburghausen. Od tamtej pory na stałe wpisała się do kalendarza tradycja hucznego obchodzenia dożynek chmielowych. Pod koniec XIX wieku zaczęto tu rozstawiać również namioty, huśtawki i karuzele. Dziś to miejsce stanowi społeczne serce Monachium: obywają się tu różnego rodzaju uroczystości, festiwale itd. Nic jednak nie wzbudza tak dużego zainteresowania. Ogromna przestrzeń zapełnia się 14 namiotami głównych monachijskich browarów: Spaten-Franziskaner-Bräu, Augustiner, Paulaner, Hacker-Pschorr, Hofbräu i Löwenbräu, ustawionych wzdłuż głównej alei. „Namiot” to tylko potoczna nazwa – w rzeczywistości są to ogromne hale, w których w sumie zasiąść może jednocześnie 65 tysięcy gości. Dla tych, którzy nie dostaną się do środka, przygotowano stoiska z jedzeniem na wynos, w których można dostać najróżniejsze niemieckie specjały: pierniki, placki ziemniaczane, frytki, knedle, Spätzle, cynamonowe bułeczki, precle, owoce w czekoladzie. Nie brakuje również wspomnianych już karuzeli – począwszy od diabelskiego młyna (który skąd inąd stanowi znakomity punkt obserwacyjny), skończywszy na kolejkach górskich i innych ekstremalnych atrakcjach, niekoniecznie dla najmłodszych. Do każdej ustawiają się długie kolejki.
Miejsca siedzące w namiocie rezerwuje się już w marcu. Aby w ogóle wejść do środka, trzeba przyjść przed południem. W weekend szanse na to są nikłe, chyba że szuka się sposobu, jak wydać kilkaset euro. ;) Pozostali mogą jedynie przez szybę poobserwować tańce na stołach, lecz przy odrobinie szczęścia, zwolni się miejsce przy stole na zewnątrz. Tutaj też jest wesoło: ci, którzy siedzą tu od rana, skorzy są, by wstać i ku uciesze pozostałych, wypić na raz cały litrowy kufel piwa. Pogoda dopisuje, więc siadamy obok pary Finów. Potem dane nam jeszcze będzie dosiąść się do grupy Szwedów a następnie Rosjan (w zasadzie to oni się dosiądą).
Piwo podawane jest w ciężkich szklanych kuflach, kelnerki jednak są w stanie udźwignąć kilka na raz. Do wyboru jest klasyczny Oktoberfestbier, piwo ciemne, pszeniczne lub Radler (cytrynowe). Nie ma mowy o wyszukanych smakach, czy syropach – jeszcze w 1516 roku ustanowiono tu prawo, na mocy którego do produkcji piwa można używać tylko słodu, chmielu i wody. Obowiązkowym obiadowym daniem na Theresienwiese jest golonka lub równie popularny kurczak, podawane na przykład z okrągłym knedlem przypominającym dużą kluskę śląską. Choć trzeba długo czekać, opłaca się. W karcie są również inne lokalne dania: kiełbasy, kluski, kapusta kiszona…
Podobną atmosferę można poczuć w licznych pozostałych monachijskich lokalach. Wieczorem wybieramy się więc do Hofbräuhaus, jednej z najstarszych i najsłynniejszych tutejszych piwiarni.  Lokal mieści się na dwóch poziomach zabytkowej kamienicy o typowych bawarskich wnętrzach. Piwo i wystrój to niejedyny atut: karmią tu znakomicie (koniecznie trzeba spróbować świetnie przyrządzonej kapusty kiszonej i Käsespätzle).

Theresienwiese zamyka się koło północy – to w końcu Niemcy. ;) Warto jednak wstać rano w niedzielę, by zobaczyć wspaniały kilkugodzinny przemarsz przez miasto pięknie ubranych grup folklorystycznych, transmitowany przez ogólnoniemiecką telewizję.
***
Wysiadam w Warszawie z samolotu – tu temperatura jest kilka stopni niższa. W końcu jesteśmy kilkaset kilometrów na północ. Jako jedyna tak ubrana osoba, zaczynam czuć się nieswojo w bawarskim kapeluszu. Jedno jest pewne: nie chcę, by był to tylko jednorazowy zakup. Chcę wrócić do Monachium za rok.

* Wbrew swojej nazwie, Oktoberfest zaczyna się zwyczajowo we wrześniu, a dokładnie – po 15. dniu miesiąca, kończy się natomiast w pierwszą niedzielę października. Jeżeli ta wypada 1 lub 2 października, Oktoberfest przedłużany jest do Święta Zjednoczenia Niemiec (3 października), tak więc może trwać od 16 do 18 dni. Taka zasada stosowana jest od 1872 roku, a wprowadzono ją, by świętujący mogli się jeszcze załapać na słoneczną letnią pogodę.