Aby ostatecznie zamknąć już miniony rok, przygotowałam krótkie zestawienie
odwiedzonych miejsc i spróbowanych potraw, które wywarły na mnie największe
wrażenie. W tej pierwszej kategorii dominują miejsca odkryte na nowo, w drugiej
– nie brałam pod uwagę dań przyrządzonych w domu. J
6 miejsc 2015 roku
Lizbona – przez długi czas była na liście moich podróżniczych marzeń, a kiedy udało mi
się je spełnić, nie zawiodłam się. Polecam na przedłużony weekend zwłaszcza
osobom spragnionym południowego klimatu. Znajdziecie tu wszystko, czego
potrzeba do szczęścia: piękne zabytki, otwartych mieszkańców i urokliwe
uliczki, szczególnie w dzielnicy Alfama.
O ile w przypadku Nowego Jorku słowa niemal pisały się same, tak tym razem długo zastanawiałam się, jak rozprawić się z niektórymi mitami, aby odbyło się to bez szkody dla tych, które okazały się prawdą. Archipelag Hawajów jest oddalony od stałego lądu bardziej niż jakakolwiek inna wyspa na Ziemi. Ze wschodniego wybrzeża USA wciąż leci się tu dłużej niż z Europy do Nowego Jorku. Dlatego też przez lata Hawaje wręcz obrosły legendą, stając się synonimem raju, a na weryfikację tych często przesłodzonych przekazów mogli sobie pozwolić tylko ci, którzy mieszkali najbliżej, czyli Amerykanie i ewentualnie Japończycy, choć i dla wielu z nich takie wakacje to wyprawa życia.
Archipelag liczy 137 wysp, z czego na 8 największych można łatwo dotrzeć. Nam udało się odwiedzić trzy najpopularniejsze: Oahu, Maui i Big Island. Następna w kolejności byłaby zapewne Kauai, która z tego co czytałam, jest bardziej dzika i zielona. Szczyt sezonu przypada na okres zimowy, kiedy to panują najlepsze warunku do uprawiania surfingu. Nie wiem, na ile pora roku wpływa na tutejszą faunę i florę, natomiast moje wrażenia opieram na wizycie, która miała miejsce w lipcu.
W telegraficznym skrócie: o 6
nad ranem Nowy Jork drzemie i tak zwiedzany na jet lagu jest najfajniejszy!
Ulice jeszcze są puste, ale kawiarnie powoli już się otwierają. Potem pojawiają
się jego śpieszący się gdzieś mieszkańcy, którzy zniecierpliwieni, z kubkiem
kawy na wynos w ręku wymijają Cię, kiedy zatrzymujesz się na przejściu na
czerwonym świetle. Nie zdziw się, jeśli wpadniesz na Broadwayu na znanego z
hollywoodzkich superprodukcji aktora, albo gdy o 8 rano pod Rockefeller Center
będzie dawać darmowy koncert kapela, której w każdym innym kraju posłuchać
można jedynie za horrendalnie wysoką kwotę. I jeszcze jedna rzecz: w tym
mieście spróbujesz każdej kultury świata – wszystkimi zmysłami!
O ile nie jest się zawodnikiem i nie poszukuje się latem zimy, ciężko jest uzasadnić kilkunastogodzinny lot na narty na inny kontynent, skoro o kilka godzin jazdy samochodem (no dobrze, z Warszawy kilkanaście) oddalone są Alpy i Dolomity. Lepszych warunków do uprawiania tego sportu nie można sobie wymarzyć. A jednak będąc w Stanach, nie mogliśmy nie wypróbować stoków w Kolorado. Jak się okazało, niemal wszystko jest tam inne niż w Europie…
Trzy lata temu miałam okazję odwiedzić Beaver Creek, jeden z ważniejszych amerykańskich kurortów zimowych, ze względu na organizowane tam co roku zawody alpejskiego Pucharu Świata (odbyły się właśnie w ubiegły weekend, a za rok Beaver Creek będzie gościć Mistrzostwa Świata). Znaczna część przyjeżdżających tu turystów przylatuje najpierw do pobliskiego Vail. Dwie godziny jazdy stąd oddalone jest natomiast słynne Aspen.
Brak długiej tradycji narciarskiej w Stanach odzwierciedlony jest w architekturze i klimacie tutejszych górskich miasteczek. Beaver Creek samo w sobie jest dość specyficzne: żeby tu wjechać, trzeba zapłacić (chyba że się tu mieszka). Wśród niezbyt rozległej zabudowy dominują całkiem nowe apartamentowce, które z zewnątrz naśladują styl tyrolski, natomiast w środku urządzone są typowo po amerykańsku (czyli dużo miejsca zwłaszcza w kuchni, kominek, wykładzina). Wiele takich apartamentów należy do Anglików, którzy i tak muszą wsiąść w samolot, by zrobić użytek z nart. W centrum Beaver Creek dzieje się niewiele: jest główny plac, jedna kawiarnia i dwie restauracje. Wydawać by się mogło, że po zmroku nie ma na Ziemi bardziej spokojnego miejsca niż austriackie wioski, tymczasem tu życie nocne to jeszcze bardziej obce wyrażenie.
Miasteczko położone jest na wysokości 2 500 m n.p.m., co sprawia, że nawet szybszy krok to odczuwalny wysiłek. Kroków nie trzeba jednak stawiać tak dużo, gdyż hotele oferują wszelkie niezbędne usługi – można na przykład wypożyczyć sprzęt. Część marek w wypożyczalniach brzmi jak najbardziej znajomo, ale brakuje produktów niektórych liderów europejskiego rynku. Trzeba niestety nastawić się na spory wydatek związany z karnetem.
Na stokach potwierdzenie znajduje teza, że odległości i przestrzeń mają w Stanach inny wymiar. Choć jest tu wysoko, góry wydają się raczej łagodne, ale też rozległe. Dlatego jeżeli nawet na trasach jest sporo ludzi, po prostu ich nie widać. Trasy są zaś szerokie i idealnie nachylone. Nie wiem, skąd dokładnie się to bierze, lecz nie ma tu w ogóle lodu, a i śnieg różni się od tego w Europie. Nie można Amerykanom odmówić dobrego przygotowania stoków: ratraki ruszają do pracy niczym kolumna czołgów na wojnę - każdorazowo jest uruchamianych co najmniej 10 pojazdów. To nie wystarczy jednak kiedy zacznie obficie sypać śnieg. Ze względu na rozległość stoków, ratrakowanie w takich warunkach nie ma sensu. Wtedy pozostaje jedynie cieszyć się jazdą w puchu.
Wydawać by się mogło, że tablica głosząca „Experts only beyond this point” ustawiona przez Amerykanów na pucharowej trasie to przesada. Tymczasem słynna Birds of Prey jest jedną z najtrudniejszych tras, po jakiej zjeżdżałam, a porównuję ją do czarnych tras w Austrii. Zobaczcie, jak sobie radzą z nią zawodowcy:
Prób naśladownictwa europejskiego stylu nie widać w restauracjach na stokach. O ile z chęcią można zjeść w przerwie Gulaschsuppe i Apfelstrudel w Austrii czy spaghetii w Dolomitach, w Beaver Creek dostaniemy mało klimatycznego burgera. Jednak jest miła rzecz, z którą nie spotkałam się w Europie. Możliwe, że zależy to zależy od hotelu, ale powracających narciarzy częstowano ciasteczkami Oreo i gorącą czekoladą z marshmallows. Po ciężkim wysiłku taka dawka cukru jest wprost idealna. :-)
Przy okazji pobytu w Kolorado, chcieliśmy zaliczyć jakąś unikalną amerykańską atrakcję. Niestety, Wielki Kanion znajduje się 12 godzin jazdy na południe. O 10 godzin jazdy bliżej jest natomiast Colorado National Monument, nieduży i mało uczęszczany park narodowy, w którym może nie zobaczymy aż tak spektakularnych form, ale poczujemy przedsmak Wielkiego Kanionu. Był to pierwszy park narodowy w Stanach, jaki odwiedziłam i wywarł na mnie duże wrażenie.
Podsumowując, nawet jeżeli w jakimś aspekcie warunki narciarskie w Stanach są lepsze niż w Europie, przewaga ta nie jest na tyle znacząca, by opłacało się poświęcać tyle czasu i pieniędzy, by tu dotrzeć. Jednak jeżeli znajdziecie się zimą za Oceanem, warto skorzystać z takiej okazji, gdyż amerykańskie stoki powinny Was pozytywnie zaskoczyć. Pod wieloma względami jest tu inaczej niż w Europie, a takie narciarskie doświadczenie jest warte kilku wyjazdów do ośrodków, które już znamy.
Wieża Eiffla, Atomium – obie te słynne konstrukcje zostały wybudowane
specjalnie na Wystawę Światową w Paryżu (1889) i Brukseli (1958). A jaki
związek ma z tym wszystkim Polska?
Wystawa Światowa to najogólniej
mówiąc cykliczna ekspozycja prezentująca dorobek kulturalny, naukowy i
techniczny krajów i narodów świata. Może trwać od trzech tygodni nawet do
sześciu miesięcy. Pierwsza tego typu impreza odbyła się w Londynie w 1751 roku,
choć za początek całego cyklu uważa się tzw. Wielką Wystawę Światową, która
miała miejsce w tym samym mieście, sto lat później. Odtąd wystawy organizowane
były w miarę regularnie, zaś każde miasto-gospodarz starało się jak najlepiej przygotować
do swojej roli i w jakiś sposób zadziwić świat. Erik Larson z kronikarską
dokładnością opisuje w swojej książce „Diabeł w białym mieście” przygotowania i
przebieg Wystawy Światowej w Chicago (1868). Na tę okazję wybudowano pierwszy
na świecie diabelski młyn, który był wyższy od ówczesnego najwyższego drapacza
chmur. Po Wystawie Światowej w Chicago pozostał jeden z pawilonów, w którym mieści
się dziś Muzeum Nauki i Techniki.
W 1928 roku większość państw
członkowskich Ligi Narodów ratyfikowało konwencję powołującą do życia
Międzynarodowe Biuro Wystaw Światowych, które po dziś dzień koordynuje
organizację imprezy. Tak, wystawy wciąż się odbywają, lecz od lat 60-tych zazwyczaj
już pod lepiej nam znaną nazwą: „EXPO”. Co
ciekawe, kilka edycji odwołano. Wrocław ubiegał się o prawa do organizacji EXPO
w 2010 i 2012 roku, jednak bez powodzenia.
Marzenia o organizacji Wystawy
Światowej zrodziły się już w przedwojennej Polsce – w 1944 roku Wystawę miał
gościć Park Skaryszewski. Autorem planu zagospodarowania terenu i
rozmieszczenia pawilonów był architekt Juliusz Nagórski. Ten sam, który
zaprojektował gmach hotelu Polonia Palace a także 200-metrowy wieżowiec, do
złudzenia przypominający wybudowany po wojnie Pałac Kultury i Nauki. Szybko
zdano sobie jednak sprawę, że wcielenie planu w życie nie będzie łatwe. Zrezygnowano więc z ubiegania się o prawa do
organizacji Wystawy Światowej na rzecz Wystawy Krajowej. Choć zmieniła się
skala wydarzenia, projekty wciąż były odważne, gdyż zakładały m.in. budowę stadionu
olimpijskiego… na Siekierkach. Uniemożliwił to jednak wybuch II wojny
światowej, a dziś o tamtych pięknych planach przypominają jedynie międzynarodowe
nazwy ulic na Saskiej Kępie, które miały przywitać gości Wystawy Światowej.
Pod względem smakowym znam wiele lepszych ciast i tortów. Ale gdyby
oceniać tylko wrażenia wizualne, jedynie kilka mogłoby się z nim równać. A
wszystkie pochodzą z Ameryki.
W książce na temat barwienia
potraw, gdyby ktoś taką napisał, red velvet
cake z pewnością byłby bohaterem całego rozdziału. Najogólniej mówiąc, jest
to po prostu zabarwiony na czerwono biszkopt, przełożony białym kremem,
najczęściej na bazie serka. Oprócz koloru, tym co wyróżnia to ciasto od
tradycyjnego biszkoptu, jest zawartość kakao, maślanki i octu winnego.W Polsce niewiele jest miejsc, w których można
je dostać, ale w USA i na Wyspach inspiruje ono cukierników do wypiekania
biało-czerwonych cupcake’ów, serników i innych ciast.
Nie jest jasne jego dokładne
pochodzenie. Istnieje kilka nie do końca spójnych teorii na ten temat i każda
ma swoich zwolenników. Według niektórych, red
velvet cake jest dzieckiem Wielkiego Kryzysu – w czasach, gdy brakowało
cukru, używano soku z buraka, któremu ciasto zawdzięczało nie tylko słodki
smak, ale i czerwoną barwę. To chyba ta najbardziej mityczna wersja. Dla innych
przepis pochodzi z nowojorskiego hotelu Waldorf - Astoria. Wydaje się jednak,
że historia tortu sięga znacznie wcześniejszych czasów. Wzmianki o red velvet cake pojawiały się już bowiem
w książce niejakiego dr Alvina Chase’a (1873),
który zastanawiał się nad genezą nazw poszczególnych dań. Tym niemniej, tort
ten z jakichś względów uchodził zawsze za deser południowców.
Według tej najbardziej
prawdopodobnej teorii, w czasach, gdy nie używano jeszcze barwnika, słowo „red”
miało odnosić się do wykorzystywanego przy pieczeniu brązowego cukru
(nazywanego kiedyś czerwonym) albo też do pigmentu uwalnianego w reakcji kakao
z maślanką i octem. W jej wyniku faktycznie otrzymywano czerwonawą barwę, choć
oczywiście była ona mało intensywna. Słowo „velvet” opisywało zaś aksamitną
konsystencję - dzięki zawartości octu i maślanki ciasto dłużej zachowywało
lekkość i wilgotność.
Swoją cegiełkę do tej historii dołożył John A. Adams, producentbarwników i ekstraktów do jedzenia. Pod
koniec XIX wieku jego rodzinna firma bardzo dobrze prosperowała, jednakże kiedy
nadszedł Wieki Kryzys, barwniki nie cieszyły się już taką popularnością. Adams
zaczął więc wprowadzać do sklepów próbki, a do każdego produktu dołączał
przepis na red velvet cake
(oczywiście już z dodatkiem barwnika). Jest to idealny przykład udanej kampanii
marketingowej – przepis zrobił furorę w gazetach, zaś piekarze i cukiernicy
starali się od tej chwili uzyskać najbardziej czerwone ciasto.
Red velvet cake według "The Complete Magnolia Bakery Cookbook" (przepis zmodyfikowany)
Po powrocie ze Stanów
postanowiłam odszukać takie miejsce w Warszawie, które najwierniej oddaje smaki
Ameryki. Zamierzałam odwiedzić wszystkie restauracje, o których istnieniu
wiedziałam, stąd też zebranie materiałów do tego wpisu zajęło mi sporo czasu. Część
lokali odwiedziłam jeszcze zanim zaczęłam prowadzić bloga, tak więc nie mam ich
na zdjęciach, ani nie pamiętam szczegółów karty dań. Zobaczcie, gdzie
dostaniecie burgery o smaku zbliżonym do tych amerykańskich oraz gdzie można
poczuć się jak w prawdziwym dinerze! Wyróżnione przeze mnie lokale zostały
oznaczone pogrubioną czcionką.
Hamburgery, KFC i Coca-Cola – dla
większości ludzi są to pierwsze skojarzenia z kuchnią amerykańską. Chyba żaden
inny kraj nie doczekał się tylu stereotypów na temat swojego narodowego
jedzenia. Są one jednak jakże mylące, a rzeczywistość - całkiem odmienna i
ci, którzy zetknęli się z prawdziwą amerykańską kuchnią wiedzą, o czym
mówię.
In the middle of nowhere – tak złośliwi mogliby określić
lokalizację tego miasta. Można na to spojrzeć i z drugiej strony: port lotniczy
O’Hare, najbardziej ruchliwy w kraju, jest głównym punktem przesiadkowym, a
samo Chicago - przystanią dla podróżujących między Wchodem i Zachodem. Wielu z
nich, zamiast jechać dalej, zostało tu na stałe. W efekcie powstała mieszanka różnych
kultur i narodowości, a miasto paradoksalnie stało się najbardziej amerykańskim
ze wszystkich… Stało się także żywym pomnikiem lat 30. Nie ma drugiego miejsca
o tak autentycznej atmosferze tamtych czasów.
Drapacze chmur to teoretycznie
atrybut metropolii, chociaż w Stanach Zjednoczonych niemal każde większe miasto
posiada wieżowiec z tarasem widokowym i restauracją na jednym z ostatnich
pięter. Centrum Warszawy zwykło się od jakiegoś czasu nazywać „polskim
Manhattanem” ze względu na zagęszczenie wysokich biurowców i apartamentowców. Zastanawialiście
się zatem kiedyś, czy nasza stolica widziana z XXX piętra Pałacu Kultury przypomina
trochę Nowy Jork?
Są proste w przygotowaniu, można je
podać na wiele sposobów i wyglądają bardzo efektownie. Moda na muffiny i cupcakes
zapanowała w Polsce całkiem niedawno, ale ich historia sięga XIX wieku, kiedy
to zaczęto wypiekać je w Stanach Zjednoczonych.
Ten post dotyczy w większym stopniu cupcakes niż muffinów, ale oba wypieki bywają
niekiedy mylone i chciałabym tu przedstawić podstawowe różnice. Tkwią one przede
wszystkim w sposobie przygotowania oraz w doborze dodatków. Muffiny zazwyczaj
przyrządza się w dwóch naczyniach, mieszając oddzielnie suche i mokre
składniki. Nierzadko podaje się je w wersji wytrawnej. Cupcakes są natomiast mniejsze
i przyozdobione kremem („frosting”, „icing”) na bazie masła lub twarożku. Dają cukiernikom
większe pole do popisu, gdyż na wierzchu mogą pojawić się również rozmaite
dekoracje na przykład z lukru plastycznego.
Dlaczego „cupcakes”? Babeczki te wypiekano kiedyś podobno w filiżankach do
herbaty i stąd wzięła się ich nazwa. Szybko przyjęły się one w Kanadzie, na
Wyspach i w innych krajach. Ciężko jest przejść obojętnie obok kawiarni specjalizujących
się w ich wypiekaniu. Do najsłynniejszych zaliczyć można nowojorską Magnolia Bakery
czy londyńską The Hummingbird Bakery, które mają rzesze fanów na całym
świecie i korzystają z wypracowywanej przez lata receptury. Zainteresowanych historią odsyłam tutaj, natomiast praktycznymi różnicami między
muffinami i cupcakes’ami - tutaj.
La Vanille
Do Polski dotarły najpierw muffiny, a następnie cupcakes. W wielu miastach mamy
już kawiarnie specjalizujące się w ich wypiekaniu. Przez ostatnich kilka
miesięcy testowałam warszawskie „kapkejkownie”. Jedną z pierwszych była Lola’s Cupcakes, której babeczki wydają
mi się jednak nieco za ciężkie. Niektórych cukierni nie znalazłam pod podanym
adresem, inne działają tylko w Internecie. W Alejach Jerozolimskich przez
krótki czas funkcjonowało Sweet Story,
które przeniosło się potem na Gocław. Tamtejsza kawiarnia to już jednak nie
typowa „kapkejkownia”: wybór cupcakes’ów był niewielki (sobota po południu) i nie
powiem wiele o ich smaku, gdyż babeczki poszły na prezent. Dla mnie numerem
jeden jest LaVanille(Krucza 16/22). Lokal niewielki, urządzony minimalistycznie, lecz można tu
usiąść i napić się kawy. Cupcakes są nieduże, ale w smaku dokładnie takie jak być powinny (zwłaszcza
krem).
Spośród wypróbowanych przeze mnie przepisów na cupcakes zdecydowanie najlepiej
sprawdziła się propozycja Magnolia Bakery. W książce kucharskiej „The complete
Magnolia Bakery cookbook” Allysa Torey i Jennifer Appel podają różne sposoby
przygotowania ciasta i kremu. Ponieważ książka wydana jest w Stanach, musiałam
o połowę zmniejszyć ilość cukru, ale pozytywnie zaskoczył mniebrak sody i niewielka ilość proszku do
pieczenia. Poniższy przepis poszedł na pierwszy ogień w dniu moich urodzin.
Magnolia’s Vanilla Cupcakes
(Składniki na 24 babeczki)
2 ¾ filiżanki mąki i ok. pół łyżeczki proszku do pieczenia
1 filiżanka miękkiego masła
2 filiżanki cukru (proponuję brązowy)
4 duże jajka w temperaturze pokojowej
1 filiżanka mleka
1 łyżeczka cukru wanilinowego lub ekstraktu z wanilii
Utrzyj masło, dodawaj stopniowo cukier, ucieraj przez około 3 minuty. Dodawaj
po jednym jajku, wciąż mieszając. Dodawaj suche składniki w 3 partiach, na
zmianę z mlekiem i wanilią. Zamieszaj i upewnij się że wszystko się połączyło.
Wypełnij papilotki do ¾ wysokości i piecz 20-25 minut (do suchego patyczka) w
temperaturze 180’C. Pozostaw na 15 minut w foremkach, całkowicie wystudź.
White Chocolate Buttercream
1 ½ filiżanki miękkiego masła
6 łyżek mleka
3 tabliczki stopionej i przestudzonej białej czekolady
1 łyżeczka cukru wanilinowego lub wanilii
1 filiżanka
cukru pudru
Ubijaj masło przez 3 minuty. Dodaj mleko I wymieszaj. Dodaj stopioną
czekoladę i mieszaj przez 2 minuty. Dodaj wanilię i mieszaj przez kolejne 3
minuty. Na koniec dodawaj stopniowo cukier, ucierając do pożądanej
konsystencji.
Wschód i zachód Słońca to częsty
temat w fotografii: potrafi on skutecznie pobudzić wyobraźnię, zwłaszcza jeśli
miejsce, w którym obserwujemy to zjawisko ma jakieś dodatkowe walory, jak na
przykład góry albo zbiornik wodny, które załamią lub odbiją światło, czy też
ciekawe formy skalne i zabudowania, które pojawiwszy się na tle zachodzącego
Słońca, przez długi czas nie umkną z naszej pamięci. Przedstawiam 5, a w
zasadzie 6 miejsc, w których miałam okazję obserwować najpiękniejsze albo
najbardziej niezwykłe wschody lub zachody.
W ten weekend odbywa się kolejny wyścig
z cyklu Indy Car Series na słynnym torze w Indianapolis. Dzięki determinacji
Ani i uprzejmości Bena byłam tam rok temu, kiedy triumfował Dan Wheldon, ten
sam, który zginął kilka miesięcy później w tragicznym wypadku na torze w Las
Vegas.
Cykl Indy Car Series jest stosunkowo młody, ale mówiąc „Indy 500” ma się na
myśli wszystkie wyścigi w historii, jakie odbywały się na Indianapolis Motor
Speedway w ostatni weekend maja, a tych było już 95. Choć ścigają się tu także
motocykliści, ścigali się również kierowcy Formuły 1, to właśnie majowe zawody mają
najdłuższą tradycję i przyciągają rekordowe rzesze amerykańskich kibiców. Popularnością
dorównać im mogą jedynie wyścigi NASCAR (pamiętacie je pewnie z filmu „Auta”).
Obie kategorie są zresztą do siebie bardzo podobne: często startują w nich ci
sami kierowcy, na tych samych torach.
Indy 500 to dobry interes dla okolicznych mieszkańców niezwiązanych z tą
dyscypliną. Właściciele malutkich domków w pobliżu toru za 10-20 $ wynajmują
miejsce na swoim trawniku kierowcom, którzy chcą zaparkować i w ten sposób w
jeden weekend mogą zarobić więcej niż przez miesiąc. Na takie zawody Amerykanie
przyjeżdżają całymi rodzinami (często przyczepami kempingowymi), jeszcze na
długo przed startem, zaopatrzeni w koce, grille, radio. Tak więc na rozległym
zielonym terenie wewnątrz toru panuje iście piknikowa atmosfera, nawet jeśli
nie widać dobrze przebiegu wyścigu. Można za to rozłożyć się na kocu, popijając
lemoniadę i się poopalać, gdyż o tej porze roku Słońce w stanie Indiana mocno
operuje. Więcej widać natomiast z trybun, gdzie wstęp jest już droższy. W
przeciwieństwie do Formuły 1, kierowcy jeżdżą po torze zewnętrznym. Nie ma więc
ostrych zakrętów, przez co automatycznie wzrasta średnia prędkość. Jak wskazuje
nazwa, do pokonania jest 500 mil, czyli w sumie 200 okrążeń.
Wyścigom towarzyszą oczywiście rozmaite spektakularne pokazy, na przykład
najnowocześniejszych samolotów wojskowych, przelatujących ponad publicznością. Najwięcej
emocji wywołuje jednak sam wyścig. W zeszłym roku na 10 okrążeń przed metą na
prowadzeniu była Danica Patrick. To nie jedyna kobieta startująca w Indy Car
Series, lecz najlepsza i najsławniejsza. Wydawało mi się wcześniej, że
popularność zdobyła głównie dzięki reklamom, ale tak nie jest. Danica nierzadko
kończy zawody w pierwszej dziesiątce, a kibice naprawdę ją lubią i przyznają,
że jest dobra. A że wychowywała się w sąsiednim Illinois, w Indianapolis zawsze
może liczyć na gorący doping.
Tradycją jest, że zamiast szampana, zwycięzca Indy 500 otwiera... butelkę mleka. Aby poczuć niesamowitą atmosferę tego sportowego święta po prostu trzeba tu przyjechać. Większość zawodów z cyklu Indy Car Series odbywa się bowiem w Stanach i to pewnie dlatego wywołują tu one takie emocje.
Kontynentalne, angielskie,
amerykańskie… Sposobów na podanie śniadania jest tyle, ile narodów na świecie.
W krajach południowych, ze względu na późnowieczorne obfite obiadokolacje, śniadania bywają raczej symboliczne. Za to w
Stanach Zjednoczonych, niezależnie od pory dnia, każdy posiłek jest sycący. Tak
więc dostaniemy tam rano bekon, często z opiekanymi ziemniakami, gofry/pancakes na słodko lub słono, czy też
jajka pod każdą inną postacią. Równie popularne są bajgle. To w Chicago po raz pierwszy w życiu najadłam się na
śniadanie tak bardzo, że nie mogłam patrzeć na jedzenie aż do następnego dnia. Choć
atmosfera panująca w tamtym pancakehouse, jak i same placuszki były znakomite,
nadzwyczajnej w świecie przerosły mnie
rozmiary posiłku.
Radzę w ogóle nie zaczynać rozmyślań
typu: Gdzie byłem(-am) rok temu. Nagle może się okazać, że w zeszłym roku o tej
porze byliśmy w jakimś cudownym miejscu i robiliśmy niesamowite rzeczy, o
których teraz możemy tylko pomarzyć. W tej całej nostalgii i tęsknocie nie
pozostanie nam nic innego, jak opublikowanie takiego wpisu na blogu, który
przecież nic nie zmieni. W miarę zbliżania się trwającego właśnie turnieju
tenisowego Sony Ericsson Open, uświadomiłam sobie, że w marcu 2011 roku
najpierw kupowałam bilety, a potem szukałam noclegu nigdzie indziej, jak w
Miami. Z tej doniosłej okazji ten wpis będzie o tym właśnie mieście.