Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 kwietnia 2014

Warsaw’s multitap bars

Po burger barach, kawiarniach z bubble tea i stoiskach z mrożonymi jogurtami, na warszawski rynek gastronomiczny wkroczyły multitap bary. O ile ciężko mi zrozumieć te dwa pierwsze trendy - a przynajmniej skalę zjawiska - tak ten ostatni przyjmuję ze sporym zadowoleniem. Nowe lokale wciąż powstają, lecz nie w aż tak szybkim tempie, by cierpiała na tym popularność poszczególnych pubów. 

Brakuje mi w Polsce kultury picia alkoholi. W Tbilisi są winiarnie, w których można usiąść i napić się wina. W Alzacji można spróbować kilku gatunków w specjalnych małych kieliszkach zanim kupi się to najlepsze. W Belgii natomiast do rangi wytwornego trunku urasta piwo, kojarzone u nas raczej z puszką, kanapą i golonką. Tam podawane jest w kieliszkach, w których nabiera zupełnie innego smaku. Belgijskie piwo należy do moich ulubionych ze względu na różnorodność gatunków i bogactwo smaków (nawet te kilkunastoprocentowe charakteryzują się owocową nutą).

Multitap bars to idealne miejsce na spotkanie w gronie znajomych w letni wieczór – możecie tu spróbować co najmniej kilkunastu gatunków piw z kija i kilkudziesięciu butelkowanych, w nieco innej scenerii niż przy drewnianej ławie, z plastikowego kubka, jak to się do tej pory robiło. Fajnie więc, że zaczęły powstawać i w Warszawie. Jednymi z pierwszych były Kufle i Kapsle, w których nie udało mi się jeszcze zawitać na dłużej, gdyż za każdym razem w tym niewielkim pubie brakowało wolnych stolików. Równie modne są Cuda na Kiju, otwarte w miejscu, gdzie wcześniej znajdowała się kawiarnia Moments Tasty Life. Po tej stronie Alei Jerozolimskich wciąż niewiele się dzieje, ale każdy lokal pod tym adresem ma u mnie spory plus za samą lokalizację – przeszklone ściany tworzą wyjątkowy klimat, o ile oczywiście nie siedzi się w piwnicy. Oprócz piwa, można tu zjeść pizzę z ciekawie skomponowanymi dodatkami.

Przy ulicy Parkingowej, niespodziewanym nowym zagłębiu knajpek, otworzył się w zeszłym roku Piw Paw. W ofercie degustacja piw, coś na ząb i wieczny radosny gwar. Belgijskiego piwa z kija napijecie się również w Chmiel Cafe, która stawia na oryginalne połączenie, bowiem jej drugim filarem są włoskie lody i wypieki. 

I wreszcie, Delirium. Najsłynniejszy lokal w Brukseli przyciąga piwoszy z całego świata. W ofercie tego pubu znajduje się ponad 2 tysiące różnych piw z 60 krajów, co jest oficjalnym rekordem zapisanym w Księdze Guinnesa. Lokal mieści się w jednej z piwnic na starówce, a za stoły służą tu olbrzymie beczki. Największą popularnością cieszy się piwo podawane w wielkich kilkulitrowych kuflach. Wieczorami można posłuchać muzyki na żywo. Filie powstały nawet w Brazylii i Japonii, a niedawno również w Warszawie, na Nowym Mieście, gdzie dotąd bywałam dość rzadko i mam nadzieję bywać teraz częściej. Lokal nie jest duży, może nie ma tu jeszcze wielkomiejskiej atmosfery, ale jest za to pyszny kriek z kija.

wtorek, 14 stycznia 2014

Wenecje

Skąd liczba mnoga w tytule? Choć Wenecja jest tylko jedna i niepowtarzalna, nazwę tę zwykło się zestawiać z nazwami innych miast, dla podkreślenia ich położenia, nawet jeśli wcale nie muszą one zachęcać w ten sposób turystów to przyjazdu. Lecz ile z Wenecji jest w tych Wenecjach?

Wenecja prawdziwa
Wąskie mosty nad starymi weneckimi kanałami zyskują wiele poza sezonem, kiedy możliwe okazuje się zrobienie na nich zdjęcia, bez kilkunastu zbędnych osób w kadrze. O ile ceną za unikalną lokalizację jest nieprzyjemny zapach wody latem, tak zimą nie jest to na tyle uciążliwe. Może nie będzie wtedy ciepło, ale za to delikatne światło przywiedzie na myśl widoki z obrazów Canaletto, jeżeli trafimy na ładną pogodę, co wbrew pozorom nie jest nierealne. Dwie z moich trzech wizyt w Wenecji miały miejsce w deszczowej aurze, co nie zmienia faktu, że w każdej chwili jestem gotowa tam wrócić i przemierzyć ponownie obowiązkowy szlak: imponująca Bazylika Świętego Marka, karmienie gołębi na placu pod tym samym patronem (wątpliwa przyjemność!), wdrapanie się na Most Westchnień. Gdybym miała wybrać porę roku na kolejną podróż do Wenecji, celowałabym w Karnawał (choć to też sezon). Równie miłym pomysłem wydają się być walentynki w Wenecji. Póki co, pozostaje mi wenecka maska, obowiązkowa pamiątka z tego miasta (obok wyrobów ze szkła murano).


niedziela, 15 września 2013

Czy wiesz, że… Wystawa Światowa a sprawa polska



Wieża Eiffla, Atomium – obie te słynne konstrukcje zostały wybudowane specjalnie na Wystawę Światową w Paryżu (1889) i Brukseli (1958). A jaki związek ma z tym wszystkim Polska?

Wystawa Światowa to najogólniej mówiąc cykliczna ekspozycja prezentująca dorobek kulturalny, naukowy i techniczny krajów i narodów świata. Może trwać od trzech tygodni nawet do sześciu miesięcy. Pierwsza tego typu impreza odbyła się w Londynie w 1751 roku, choć za początek całego cyklu uważa się tzw. Wielką Wystawę Światową, która miała miejsce w tym samym mieście, sto lat później. Odtąd wystawy organizowane były w miarę regularnie, zaś każde miasto-gospodarz starało się jak najlepiej przygotować do swojej roli i w jakiś sposób zadziwić świat. Erik Larson z kronikarską dokładnością opisuje w swojej książce „Diabeł w białym mieście” przygotowania i przebieg Wystawy Światowej w Chicago (1868). Na tę okazję wybudowano pierwszy na świecie diabelski młyn, który był wyższy od ówczesnego najwyższego drapacza chmur. Po Wystawie Światowej w Chicago pozostał jeden z pawilonów, w którym mieści się dziś Muzeum Nauki i Techniki.

W 1928 roku większość państw członkowskich Ligi Narodów ratyfikowało konwencję powołującą do życia Międzynarodowe Biuro Wystaw Światowych, które po dziś dzień koordynuje organizację imprezy. Tak, wystawy wciąż się odbywają, lecz od lat 60-tych zazwyczaj już pod lepiej nam znaną nazwą: „EXPO”.  Co ciekawe, kilka edycji odwołano. Wrocław ubiegał się o prawa do organizacji EXPO w 2010 i 2012 roku, jednak bez powodzenia.

Marzenia o organizacji Wystawy Światowej zrodziły się już w przedwojennej Polsce – w 1944 roku Wystawę miał gościć Park Skaryszewski. Autorem planu zagospodarowania terenu i rozmieszczenia pawilonów był architekt Juliusz Nagórski. Ten sam, który zaprojektował gmach hotelu Polonia Palace a także 200-metrowy wieżowiec, do złudzenia przypominający wybudowany po wojnie Pałac Kultury i Nauki. Szybko zdano sobie jednak sprawę, że wcielenie planu w życie nie będzie łatwe.  Zrezygnowano więc z ubiegania się o prawa do organizacji Wystawy Światowej na rzecz Wystawy Krajowej. Choć zmieniła się skala wydarzenia, projekty wciąż były odważne, gdyż zakładały m.in. budowę stadionu olimpijskiego… na Siekierkach. Uniemożliwił to jednak wybuch II wojny światowej, a dziś o tamtych pięknych planach przypominają jedynie międzynarodowe nazwy ulic na Saskiej Kępie, które miały przywitać gości Wystawy Światowej. 

środa, 4 września 2013

Tak smakuje Belgia



Jak wiele zależy od pory roku! Za pierwszym razem spodobała mi się brukselska Starówka, ale reszta miasta wydała mi się o wiele mniej ciekawa. A przede wszystkim było strasznie zimno! Bo w Belgii trzeba mieć szczęście do pogody -  średnie temperatury są tu o kilka stopni niższe niż w Polsce. Nie ominęło nas ono podczas drugiej wizyty, która zresztą miała zgoła odmienny charakter: w samej Brukseli spędziliśmy ledwie jedną noc (wystarczająco dużo by zmienić zdanie na temat tego miasta), natomiast przez trzy kolejne dni zwiedziliśmy znacznie więcej kraju, niż mieliśmy w planach.

Bruksela
Grand Place wciąż robi wrażenie. Każdy szczegół na fasadach kamienic, secesyjne puby, fontanny czekoladowe na sklepowych wystawach, zapach muli (choć ich nie lubię) wieczorem na uroczej Rue des Bouchers… To zdecydowanie jedna z najbardziej apetycznych stolic Europy! Nie będę oryginalna, twierdząc, że wiosną i latem jest tu zielono, przez co idealnym celem spacerów stają się również wszystkie „parkowe” tereny: obszary w okolicy Pałacu Królewskiego, czy dzielnicy europejskiej. 

W Brukseli zjedliśmy najlepsze frytki w życiu. Nietrudno tu na takie trafić: belgijskie frytki są z definicji chrupiące, nietłuste i świetnie przyprawione. Pachną i smakują najlepszym gatunkiem ziemniaka i nie ma tu miejsca na wyrzuty sumienia, że takie jedzenie jest niezdrowe. Belgowie dodają do frytek rozmaite sosy, ale koniecznie trzeba je zjeść z majonezem. Angielska nazwa French fries błędnie wskazuje Francuzów jako wynalazców tego dania. Według przekazów, pewnej mroźnej zimy, kiedy zamarzła rzeka Meuse w Walonii, zdesperowani mieszkańcy tego regionu zaczęli kroić ziemniaki - jedyne pożywienie, jakie im pozostało – w kształt rybek (zabranych im z kolei przez bezlitosną pogodę). Następnie smażyli je na wołowym oleju. Dziś smaży się frytki dwukrotnie, w różnych temperaturach. Coś musi być w tej recepturze, skoro Brugii poświęcono im całe muzeum!

Czy ktoś by wpadł na to, że to z Brukseli wywodzi się popularny ostatnio format śniadania z domowym pieczywem i przetworami, przy komunalnym stole? Le Pain Quotidien to popularna, międzynarodowa sieć piekarni-boulangerii, założona właśnie tutaj w 1990 roku. Jej właściciel Alain Coumont stworzył nowatorski koncept który był potem kopiowany przez innych restauratorów na całym świecie: na miejscu wypiekane jest własne pieczywo i sprzedawane są ekologiczne przetwory, zaś rustykalne meble zakupione na pchlim targu - w tym wspólny stół - stwarzają efekt dawnego wiejskiego sklepu. Dziś Le Pain Quotidien operuje w 17 krajach, z ponad 180 kawiarniami.

Brugia
Brugia była głównym celem tego wyjazdu (po drodze wpadliśmy jeszcze co prawda na chwilę do Ostendy, lecz stamtąd przegonił nas deszcz). Dzięki dogodnym godzinowo i niedrogim lotom do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Chrleroi, można tu spędzić fantastyczny przedłużony weekend. Warto obejrzeć przy tej okazji film „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” (oryg. In Bruges), w którym miasto gra pierwszoplanową rolę, lecz absolutnie nie wolno sugerować się refleksyjnym wątkiem filmu. W rzeczywistości Brugia jest śliczna (pokuszę się o stwierdzenie, że to jedno z najpiękniejszych miasteczek, w których byłam), wręcz cukierkowa, dopieszczona w każdym calu. Nie sprawia wrażenia prowincjonalnej, bo na której prowincji spotkamy takie tłumy turystów? Jeżeli te będą komuś przeszkadzać, można zboczyć z najbardziej uczęszczanego szlaku, wcale nie tracąc na widokach. Tutejsza Starówka jest rozległa i można ją zwiedzać także pływając kanałami („flamandzka Wenecja”). Dwie podstawowe atrakcje to Bazylika Świętej Krwi wybudowana na wzór świątyni w Jerozolimie (z relikwią Krwią Chrystusa) oraz Madonna z Dzieciątkiem (Kościół NMP) - jedna z niewielu rzeźb Michała Anioła, która została sprzedana poza granice Italii.

Tutaj również na każdej ulicy jest po kilka sklepów z czekoladkami. Do wyboru będą nie tylko trufle i praliny, ale też owoce maczane w płynnej czekoladzie, karmelki, krówki, pianki, landrynki, ciasteczka, makaroniki. Nie wszyscy wiedzą, że składnikiem równie ważnym w tutejszej kuchni  jak czekolada, jest cykoria. Belgowie potrafią przyrządzić ją tak, by pozbawić warzywo charakterystycznego, gorzkiego smaku. Podawana jest na wiele sposobów, np. owinięta w szynkę i zapieczoną w serze. 
Na tle krajów słynących w produkcji piwa moim zdaniem Belgia wyróżnia się najbardziej. Nigdzie indziej nie spróbujemy tylu lokalnych odmian otrzymywanych przy wykorzystaniu tradycyjnych technik. Belgijskie piwa są mocne, bo dostaniemy nawet takie, w których zawartość alkoholu sięga kilkunastu procent, ale nawet te mają ciekawy owocowy posmak. Na uwagę zasługuje lambic, który powstaje w wyniku fermentacji spontanicznej, ze słodu jęczmiennego z dodatkiem pszenicy. To najstarsza znana metoda: fermentacja spontaniczna ma miejsce na otwartym powietrzu, po zetknięciu płynu z dzikimi drożdżami w powietrzu. Lambic może dojrzewać do pięciu lat w beczkach, które wcześniej służyły do przechowywania wina. Jedną z odmian lambica jest nazywane brukselskim szampanem gueze. Faktycznie, w smaku przypomina szampan! Ten rodzaj powstaje przez zmieszanie kilku roczników lambika i ponownej fermentacji w butelkach typu szampańskiego. Są również lambiki owocowe, a wśród nich znakomity i opisywany już na tym Blogu kriek z dodatkiem wyciągu z wiśni. Owocowa nuta jest tu głęboka i naprawdę piwo z butelki nie umywa się do tego z kija. Warto zatrzymać się tam, gdzie tabliczka informuje o możliwości degustacji piwa.

Gandawa
Odetchnąć od turystycznego zgiełku można na przykład w Gandawie, która ma znacznie bardziej miejski i studencki charakter, lecz również jest piękna. Do największych atrakcji tego miasta należy tzw. Ołtarz Gandawski autorstwa Huberta i Jana van Eycków, który można obejrzeć w Katedrze św. Bawona i który uchodzi za najwybitniejsze dzieło gotyckiego malarstwa flamandzkiego. 

Spragnieni belgijskich słodkości powinni spróbować speculoos, tradycyjnych korzennych ciasteczek, zazwyczaj o kształcie figurek przyozdobionym ornamentem, wyrabianych przy użyciu drewnianych form. Jako pierwsi zaczęli wypiekać je Holendrzy, co nie oznacza wcale, że Belgowie są ich mniejszymi fanami. Wręcz przeciwnie – belgijskie speculoos różnią się trochę składem, zaś na przykład w Hasselt, mieście uchodzącym za ich kolebkę, korzysta się wciąż z oryginalnych starych receptur. Dawniej speculoos były synonimem luksusu, jednak w 1830 roku spożywali je już żołnierze wyruszający na wojnę, a późniejszych czasach – pielgrzymi. W sklepach powszechnie dostępna jest pasta speculoos, która przypomina w smaku i konsystencji masło orzechowe. Nie powinno również nikogo zdziwić piwo o takim właśnie aromacie.

Antwerpia
Choć początkowo nie mieliśmy tego w planach, udało nam się zatrzymać także w Antwerpii. To miasto o bardzo bogatej ofercie kulturalnej, być może dlatego, że przez jakiś czas mieszkał tu sam Rubens, którego dom jest dziś jedną z głównych atrakcji turystycznych. Co jeszcze wyróżnia Antwerpię? Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na dworzec kolejowy Antwerpia Centralna, jeden z największych w Belgii i najpiękniejszych w Europie. Rejony w jego pobliżu nazywane są diamentową dzielnicą, ponieważ to tutaj rozkwitł handel diamentami, z których słynie miasto. Jest on skoncentrowany w rękach ortodoksyjnych Żydów, stanowiących liczną grupę wśród mieszkańców. Swój urok mają również ciekawy gmach muzeum MAS czy zabytkowy wieżowiec z lat 30-tych, który w czasach powstania był pierwszym tego typu budynkiem w Europie. Nie jest on jednak otwarty dla zwiedzających. 

W przerwie między zwiedzaniem obowiązkowo trzeba zjeść gofra – Belgowie są bez wątpienia mistrzami w ich przyrządzaniu. Ciasto gofrowe jest tu idealnie słodkie, z zewnątrz chrupiące i rumiane a w środku mięciutkie. Trudno spodziewać się innego rezultatu, skoro już w Średniowieczu wpadli oni na pomysł, by wypiekać gofry przy pomocy żeliwnych płytek w kratkę. Oczywiście, w zależności od regionu, spotkać tu można różne odmiany, jednakże najczęściej będą to wafle owalne, z dodatkiem cukru na kratkach, który karmelizuje się w trakcie pieczenia. Na belgijskich witrynach zazwyczaj prezentowane są rozmaite kompozycje z dodatków: z owocami, cukrem pudrem, bitą śmietaną, czekoladą, nutellą a nawet pastą speculoos

Spacerując tak centralnymi uliczkami Antwerpii, trafiliśmy niespodziewanie na ptasi targ, na którym – oprócz kupna kury, indyka czy papugi – można było spróbować lokalnych produktów, w tym pysznego żółtego sera. 

SPRAWDZONE ADRESY
 
Dokąd na frytki:  Fritland, Rue Henri Maus 49, Bruksela – lokal na Starówce, wygląda jak fast-food, ale ich frytki powalają na kolana! 

Dokąd na śniadanie: Le Pain Quotidien, cała Belgia.

Dokąd na mule: Chez Leon, Rue des Bouchers 18, Belgia – uwaga! Jezeli okaże się, że zajmujesz miejsce podpisane imieniem sławnego aktora, który akurat zjawi się w restauracji, trzeba będzie ustąpić właścicielowi. 


Dokąd na piwo: T' Brugsch Bieratelier, Wijngaardstraat 13, Brugia – za 8 euro można spróbować 3 wybranych lokalnych piw.
De Garre, De Garre 1, Brugia – ponoć jedyna piwiarnia na świecie, gdzie można spróbować piwa brzoskwiniowego z kija. Lokal prowadzony przez Belga i Polkę. Choć w samym centrum, ciężko tu trafić, bo można przeoczyć wąską uliczkę.
Delirium Café, Impasse de la Fidélité 4, Bruksela – najsłynniejszy brukselski pub z filiami w innych miastach. Głośny (koncerty) i zatłoczony, ale klimatyczny. W karcie ponad 2 tysiące piw, które można zamówić w 2-litrowym kuflu. 

Dokąd na gofry: Queen of Waffles, Grote Markt 60, Antwerpia – niezłe klasyczne gofry w samym sercu Antwerpii, lecz bardzo drogie. 

Dokąd na czekoladę: wszędzie – najwięcej sklepów jest w Brukseli i Brugii, natomiast bardzo niewiele w Gandawie.  

Więcej o kuchni belgijskiej na polska-gotuje.pl.

sobota, 6 października 2012

Najbardziej czekoladowe miejsca Europy*

Czekolada to bardzo wdzięczny produkt. Na świecie poświęcono jej wiele muzeów, zaś fabryki czekolady udostępnione do zwiedzania to gwarancja sukcesu. Jednak niektóre miasta, bardziej niż inne kojarzą się z tym słodkim wyrobem.

Bruksela
Dla wielu ludzi Belgia to przede wszystkim kraj piwa, frytek z majonezem, muli… i oczywiście czekolady. Już pierwszy spacer po zabytkowej starówce w Brukseli pozwala się o tym osobiście przekonać. Chyba w żadnym innym mieście na świecie nie ma tylu muzeów i fabryk czekolady, jak tu (najważniejsze z nich to Musee du Cacao et du Chocolat). W niewielkiej odległości od siebie znajdziemy firmowe sklepy takich wykwintnych marek jak Leonidas, Godiva, Neuhaus czy Wittamer. W Brukseli właśnie te niezliczone „smakowite” witryny robią największe wrażenie. Nie trzeba jednak wcale kupować pralinek, aby się zasłodzić. Ekspedienci, by zachęcić potencjalnych klientów, chętnie częstują ich czekoladkami o różnych kształtach i smakach.

Zurych
Któż nie zna czekolad Lindt, Toblerone czy Nestlé? To jeden z głównych produktów eksportowych Szwajcarii, której mieszkańcy spożywają ponoć najwięcej czekolady na świecie. Lokalnym jej prekursorem był Rudolf Sprüngli, który w 1845 roku otworzył pierwszą fabrykę w Zurychu. Dziś w tym mieście, oprócz sklepów z zegarkami, z pewnością nie brakuje właśnie tych z czekoladą. Najsłynniejsze z nich to Confiserie Sprüngli, Teuscher, Vollenweider i Markus. Część tych sklepów mieści się przy najważniejszej ulicy Zurychu - Bahnhofstrasse, pod którą ponoć znajdują się osławione skrytki bankowe. Każdy słynie również z wyrobu jakiegoś flagowego ciasta i przyciąga turystów dodatkowymi atrakcjami, np. możliwością podpatrzenia produkcji czekoladek. Szwajcaria uchodzi za bardzo drogi kraj i jedna mała pralinka z najmodniejszego sklepu potrafi kosztować tyle, co obiad. Taka cena gwarantuje jednak, że bardziej docenia się jej smak czekolady. 

Bludencja
To niespełna piętnastotysięczne miasteczko położone w zachodniej Austrii, niedaleko granicy ze Szwajcarią. Można tu się dowiedzieć, dlaczego austriackie dzieci wierzą, że krowy są… fioletowe! Tak, w Bludenz mieści się główna fabryka jednej z najpopularniejszych czekoladowych marek świata – Milki. Latem odbywa się tu doroczne święto czekolady (Internationales Milka Schokoladefest), którego sponsorem jest Milka – Kraft Foods Österreich. O ile pralinki Mozartkugel uchodzą za smakołyk dla koneserów (nie każdy lubi marcepan), tak po słodko-mleczną Milkę chętnie sięgają dzieci. W grudniu półki w austriackich sklepach zapełniają się rozmaitymi czekoladami i czekoladkami w świątecznych opakowaniach i każdy obcokrajowiec (nie tylko dziecko) z pewnością straci dla nich głowę!

Kolonia
Schokolademuseum jest jedną z najsmaczniejszych i najważniejszych atrakcji turystycznych Kolonii. Zaraz po słynnej Katedrze św. Piotra i Najświętszej Marii Panny (budowanej przez ponad 6 wieków), jest to najczęściej odwiedzane miejsce w regionie. Trudno się temu dziwić. Muzeum należy do koncernu Lindt & Sprüngli i jest jedną z największych tego typu placówek na świecie. Jego dokładne zwiedzenie może zająć nawet kilka godzin. W 1993 roku założył je ówczesny szef firmy Stollwerck - Hans Imhoffer. Muzeum jest malowniczo położone nad Dunajem, w odległości około 15 minut spacerem od ścisłego centrum miasta. Na powierzchni 4 tysięcy m2, na 3 piętrach  zgromadzono około 2 tysiące eksponatów przybliżających długą historię czekolady. W obrazowy i przystępny dla dzieci sposób przedstawiono cały proces produkcyjny – od zbiorów ziaren kakaowca po moment trafienia czekolady na sklepowe półki. Temu właśnie poświęcone są poszczególne wystawy. Dowiemy się na nich np. dlaczego biała czekolada jest biała, które starożytne cywilizacje doceniły smak tego wyrobu i jak dokładnie działa fabryka czekolady. Oczywiście, o w wszystkim przekonać się można przy pomocy własnych kubków smakowych (do biletu dołączana jest czekoladka). Równie zachwycający jest sklep, w którym dostaniemy nawet makaron czekoladowy.

*Ten artykuł ukazał się na łamach portalu polska-gotuje.pl.

wtorek, 13 marca 2012

Smaki Beneluxu

-->
Jeżeli chodzi o Belgię, całe moje doświadczenie z nią związane opiera się na kilkudniowym pobycie w Brukseli na przełomie 2008 i 2009 roku. Pamiętam, że jest tam dość drogo ze względu obecność instytucji unijnych. Że ciężko jest się dogadać po angielsku. Że w parkach nie ma chodników, więc ciągnięta walizka podskakuje na wystających korzeniach drzew. Pamiętam też ładną architekturę oraz starówkę, która w moim odczuciu stanowi 80% atrakcyjności miasta. To tam mieszczą się designerskie butiki, kolorowe restauracje i puby. Wśród nich jest ten najpopularniejszy, Delirium Café, w którym karta piw liczy kilkaset pozycji, a serwuje się je w dwulitrowych kuflach. Z jakiegoś powodu wspominam Brukselę w bardzo pozytywnym świetle. Ten powód nazywa się: belgijska kuchnia. 
Belgowie mają swoje mule, których nie lubię albo frytki z majonezem, które i tak jem w ten sposób w domu. Dwóch „dań” jednak nikt nie podrobi: czekoladek oraz piwa. Są to rzeczy, z których Belgia słynie najbardziej oraz bez których żyć ciężko. Sklepy z pralinami są na każdym brukselskim rogu, co bynajmniej nie obniża ich ceny. Można jednak najeść się nimi nie wydając eurocenta, bowiem sprzedawcy chętnie częstują klientów, nawet jeśli ci nic ostatecznie  nie kupią. Czekolada pojawia się tam również w innej formie, na przykład na wyśmienitych belgijskich gofrach. A zimą jakże cudownie zastyga na wielkich czerwonych truskawkach na patyku! I pomyśleć, że pierwotnie sprzedawana była jako lekarstwo na biegunkę…
Stella Artois, Chimay, Duval, Leffe, Orval – to tylko niektóre z belgijskich piw. Niezliczone są też gatunki tego napoju, produkowanego w Belgii już od Średniowiecza. Producenci prześcigają się w wymyślaniu najdziwniejszych smaków, jednak dla mnie niedoścignionym numerem jeden jest Kriek marki Mort Subite, którego na próżno szukałam w innych krajach. Reprezentuje on gatunek lambic, który jeszcze przed drugą fermentacją rozlewany jest do butelek. Takie piwo w zasadzie przypomina w smaku wino lub szampan. Do Krieka ponadto dodaje się wiśnie lub koncentrat wiśniowy. Polską namiastką może być Wiśnia w Piwie

W Holandii byłam dwa razy: raz przejazdem i raz przelotem. Za tym drugim razem spędziłam kilka godzin w Amsterdamie, ale ze względu na zmęczenie wynikające z długiej podróży zza oceanu i zmiany stref czasowych, nie pamiętam prawie nic. Chciałabym za to polecić pewien holenderski przysmak. Jest on dostępny w zasadzie w wielu krajach Europy, a równie dużą popularnością cieszy się w Niemczech. Można go dostać nawet w Polsce, ale wiem, że pochodzi z Holandii, a poleciła mi go Ewa, która się tam wychowywała. Chodzi mi o Stroopwafle, czyli podwójne waflowe krążki zlepione syropem wymieszany z masłem, a w innych wersjach - miodem lub karmelem. Rzadko kiedy tracę głowę dla czegoś co nie zawiera czekolady, ale Stroopwafla mogę zjeść o każdej porze! Nawet same smakują wybornie, lecz prawidłowo podaje się je, kładąc na kubku gorącej herbaty lub kawy. Po kilku minutach nadzienie zacznie się rozpływać, a wafle będą delikatnie cieszyć podniebienie. Polska firma Tago produkuje podobne łakocie, tylko że pakowane pojedynczo. W sklepach z żywnością ekologiczną można dostać miniaturowe wafelki w torebkach lub wafle ze zdrowszych gatunków mąki. To jednak już nie jest to samo.
www.daelmansbanket.nl
W Luksemburgu nie byłam, więc nie wiem jak smakuje ;)

PS. Należy się małe sprostowanie. W czasach, kiedy byłam w Brukseli, pisałam jeszcze pamiętnik. Natykam się dziś na wpis dotyczący tego wyjazdu i cóż tam widzę? Nie wspomniałam wyżej o dwóch wadach tego miasta. Po pierwsze, Bruksela nie jest czysta. Wieczorem śmieci z restauracji na starówce wystawiane są na ulice, więc nocą wygląda to jak wielkie wysypisko. Poza tym brakowało nocnych autobusów w ciągu tygodnia. Wydaje mi się to mało możliwe i być może po prostu o nich nie wiedzieliśmy, ale nie zmienia to faktu, że musieliśmy czekać do rana w centrum, aż zaczną kursować te regularne autobusy. Jednak jak widać, po latach takich rzeczy się nie pamięta  ;)