Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chiny. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 marca 2015

10 miejsc, które odwiedziłabym w Chinach, gdybym miała na to czas, pieniądze i dobrego przewodnika

Nie da się tematu Chin wyczerpać w jednym poście. Odrębne zagadnienie stanowi podróżowanie po tym kraju. Nie był on nigdy na mojej liście miejsc, które chciałam w pierwszej kolejności odwiedzić. Wizyta w Szanghaju wcale nie zmieniła mojego nastawienia, a wręcz utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest na świecie wiele zakątków bardziej atrakcyjnych dla turystów. Prawda jest taka, że po Chinach w pojedynkę podróżuje się źle. Chińczycy są bardzo zamknięci na obcych, oszukują, mówią tylko po chińsku i mają kilka nad wyraz nieprzyjemnych przyzwyczajeń (np. plucie na ziemię). Są też jednak pełne zaskakujących miejsc, które chętnie zobaczyłabym na własne oczy, gdyby nie powyższe okoliczności.

1.       Dolina Yili
Niech Was nie zmylą te kwitnące pola lawendy – to nie Prowansja, tylko Dolina Yili w prowincji Xinjiang w północno-zachodniej części Chin. Aby przenieść się do tej tajemniczej i bajkowej krainy, potrzebny jest godzinny lot z Urumqi do Yining. Na śmiałków czekają również takie atrakcje jak dolina morelowa czy przedsionek Szlaku Jedwabnego.

chinatouradvisors.com

piątek, 23 stycznia 2015

Hity i kity Szanghaju

Szanghaj to najlepsze miejsce pod słońcem, żeby przekonać się, czym jest nowoczesność w chińskim wydaniu. Nie szukajcie jej ani w Pekinie, ani w Hongkongu, który choć jest ponoć ładniejszy, to jednocześnie też mniej „chiński”. Żaden inny ośrodek nie rośnie w takim tempie i nie może poszczycić się tyloma cudami techniki, pozostając jednocześnie zielony i zadbany. Może sam w sobie Szanghaj nie stanowi jakiejś wielkiej atrakcji, ale warto zatrzymać się tu w podróży między dwoma wyżej wspomnianymi miastami. Oczywiście, tak jak wszędzie, są tu punkty które pozytywnie zaskakują i takie, które można sobie odpuścić.

środa, 19 listopada 2014

Shaolin

Poszukiwania autentycznych Chin, kiedy miałam do dyspozycji dwa dni, a moją bazą wypadową był Szanghaj, przywiodły mnie do Klasztoru Shaolin. Od razu wiedziałam, że to jedno z tych miejsc w Chinach, które muszę zobaczyć. Na Wielki Mur Chiński łatwiej będzie w przyszłości wrócić, a żeby dotrzeć nad rzekę Li, potrzeba było więcej czasu i większej responsywności ze strony obsługi klienta w lokalnych tanich liniach lotniczych.

Klasztor Shaolin wydał mi się idealnym celem samotnej podróży, takiej z gatunku „szukam odpowiedzi na pytanie, co zrobić ze swoim życiem?”. To nie tylko kolebka kung fu, którego nauki w sumie nie miałam nigdy w planach, ale również techniki medytacji, którą miałam okazję poznać w Austrii. Wśród tłumów chińskich wycieczek odpowiedzi na moje pytanie nie znalazłam, ale na pewno czuć w tym miejscu jakąś wyjątkową aurę.

Klasztor Shaolin leży w Dengfeng, dwie godziny jazdy autobusem na zachód od Zhengzhou, w prowincji Henan. Cała tzw. scenic area, objęta płatnym wstępem, składa się z właściwej świątyni, Lasu Pagód, czyli cmentarza, na którym chowano wybitnych mnichów, centrum treningowego – areny komercyjnych lecz imponujących pokazów, kilku mniejszych świątyń w górach, do których można się wspiąć lub dojechać kolejką linową i centrum turystycznego, czyli uliczki z kilkoma hostelami i sklepikami. Od rana pełno tu zwiedzających, głównie chińskich, więc podobnie jak w całym kraju, ciężko jest dogadać się w innym niż chiński języku. Nie jest łatwo nieznającym go turystom, którzy podróżują w pojedynkę.

Choć początki Klasztoru datowane są na V wiek, a już od XVI wieku był on przedmiotem badań i opracowań monograficznych, sławę w świecie zyskał dzięki superprodukcji „KlasztorShaolin” z 1982 roku. Stał się wówczas celem wycieczek, a na całym świecie powstały oficjalne filie, w których naucza się kung fu. Pierwotnie wzgórza otaczające dzisiejszy klasztorny teren były świętym miejscem dla hinduistów. Mnichom buddyjskim, którzy tu potem osiedli, w okresie dynastii Ming powierzono zadanie stworzenia milicji w służbie cesarstwa. Zawdzięczali to biegłości w sztukach walki: najpierw w walce kijami, potem w walce wręcz. Do dziś są mistrzami we wszystkich wykształconych na przestrzeni wieków stylach. Badacze dziwią się, dlaczego jako wyznawcy buddyzmu, mnisi nie stronili od przemocy a co więcej, spożywali mięso. Tłumaczy się to dziś na kilka sposobów, przede wszystkim cesarskim dekretem uchylającym ten zakaz. Mnisi traktowali treningi również jako formę ćwiczenia duchowego. Mało kto może dorównać im zwinnością. Z czasem do kanonu sztuk walki włączono również stosowaną przez nich technikę medytacji polegającą na skupieniu wewnętrznej siły qi w danej części ciała, co podnosi odporność na zewnętrzne bodźce. Nie wiedzieć czemu, w polskiej literaturze ciężko jest znaleźć cokolwiek na ten temat*, podczas gdy na przykład w Austrii i Niemczech poświęcone są medytacji Shaolin całe kursy. 

Można dziś wyróżnić kilka kategorii mnichów. Są tacy, którzy nie mają kontaktu z turystami i przestrzegają wszystkich zasad łącznie z wegetarianizmem. Najniżej w hierarchii stoją ci, których głównym zadaniem jest udział w pokazach dla zwiedzających. W Shaolin tajniki kung fu zagłębiają już sześcioletnie dzieciaki - zarówno chłopcy, jak i dziewczynki. Po ukończeniu szkolenia mają kilka możliwości. Niektórzy adepci zostają mnichami w Klasztorze, inni wyruszają w świat by nauczać kung fu, jeszcze inni stawiają na karierę aktorską lub sportową. Na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie kung fu było dyscypliną pokazową, a dyplom Shaolin otwiera drogę do narodowej reprezentacji. W samym Dengfeng działa wiele szkół, które próbują zarobić na sławie Shaolinu, jednak najbardziej autentyczne przeżycia gwarantuje zamieszkanie na terenie Klasztoru, gdzie można poobserwować ćwiczące dzieci i osobiście wziąć udział w kilku treningach. Warto więc zostać tu na kilka dni, wyciszyć się i bez pośpiechu korzystać z duchowych uroków tego miejsca.


*zainteresowanym tym tematem polecam opracowanie M. Shahar, „Klasztor Shaolin.  Hitoria, religia i chińskie sztuki walki”, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Karków 2011.

czwartek, 18 października 2012

Przelotem i przejazdem



Czy to jadąc na wakacje samochodem, czy przesiadając się na lotnisku – mijamy niekiedy różne kraje, nie zatrzymując się w nich na dłużej niż na noc. Wpisujemy je na listę państw, w których byliśmy, gdyż mamy do tego pełne prawo, ale pozostają one dla nas nieodkryte. Przedstawiam poniżej listę krajów, w których byłam (i o których nie planuję napisać w najbliższym czasie w innym kontekście), ale o których wciąż niewiele mogę powiedzieć. Postanowiłam przy okazji znaleźć jakąś ciekawostkę na temat każdego z nich, tak aby mieć inspirację do kolejnej, dłuższej wizyty.