Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przysmaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przysmaki. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 stycznia 2016

Odkrycia 2015 roku

Aby ostatecznie zamknąć już miniony rok, przygotowałam krótkie zestawienie odwiedzonych miejsc i spróbowanych potraw, które wywarły na mnie największe wrażenie. W tej pierwszej kategorii dominują miejsca odkryte na nowo, w drugiej – nie brałam pod uwagę dań przyrządzonych w domu. J

6 miejsc 2015 roku

Lizbona – przez długi czas była na liście moich podróżniczych marzeń, a kiedy udało mi się je spełnić, nie zawiodłam się. Polecam na przedłużony weekend zwłaszcza osobom spragnionym południowego klimatu. Znajdziecie tu wszystko, czego potrzeba do szczęścia: piękne zabytki, otwartych mieszkańców i urokliwe uliczki, szczególnie w dzielnicy Alfama.

niedziela, 3 stycznia 2016

Madryt: o futbolu, tapas i airbnb

Niespodziewanie Madryt uplasował się w czołówce listy moich ulubionych europejskich stolic. Niespodziewanie, gdyż pierwsza, dość krótka zresztą wizyta w tym mieście, która miała miejsce jakieś 10 lat temu, nie pozostawiła aż tak pozytywnych wspomnień. Tym razem spędziliśmy w stolicy Hiszpanii tylko przedłużony weekend, ale tyle wystarczyło, by się w niej zakochać. Niezatłoczony, pozasezonowy Madryt wydał nam się wyjątkowo przyjazny. Serdeczni ludzie, pyszne jedzenie, wyjątkowy design, piękna architektura i cudowne restauracje – to wszystko można znaleźć tu na każdym kroku!

niedziela, 20 września 2015

Londyn bez przewodnika

To zdecydowanie moja ulubiona europejska (i nie tylko) stolica i coś czuję, że całkiem niedługo może niespodziewanie nadarzyć się okazja do zdobycia dodatkowego materiału. Wszystko zaczęło się 10 lat temu, kiedy można było tam dostać fish & chips za 1 funta i kiedy moje wówczas jeszcze niepełnoletnie wizyty w zadymionych pubach na przedmieściach miały nielegalny smak. ;) Gdy ostatnio między półkami księgarni w dziale podróżniczym sięgnęłam z czystej ciekawości po raz pierwszy po przewodnik po Londynie, okazało się, że większość najważniejszych miejsc już odwiedziłam.


Oczywiście, jak w każdym innym mieście, można przemierzyć trasę 24-, 48- czy 72-godzinną, zaliczając wszystkie najważniejsze punkty: Parlament i Westminster, Buckingham Palace, Trafalgar Square, Picadilly Circus, St. Paul’s Cathedral, Tower Bridge, London Eye, Greenwich. Ponieważ jednak można dolecieć tu tanio, szybko i często, polecam nie zwiedzać wszystkiego na raz, lecz podążyć jednym ze szlaków tematycznych. Wiele ciekawych miejsc można odkryć zupełnym przypadkiem, a znany z filmów londyński klimat poczujecie nawet błądząc bez celu po mieście podczas jednodniowej wizyty. Tanie linie dolatują z Warszawy na trzy lotniska: Luton, Stansted (z Modlina) i Gatwick. Z każdego z nich można dość sprawnie dostać się do centrum.

sobota, 5 września 2015

Aloha State – obalamy mity

O ile w przypadku Nowego Jorku słowa niemal pisały się same, tak tym razem długo zastanawiałam się, jak rozprawić się z niektórymi mitami, aby odbyło się to bez szkody dla tych, które okazały się prawdą. Archipelag Hawajów jest oddalony od stałego lądu bardziej niż jakakolwiek inna wyspa na Ziemi. Ze wschodniego wybrzeża USA wciąż leci się tu dłużej niż z Europy do Nowego Jorku. Dlatego też przez lata Hawaje wręcz obrosły legendą, stając się synonimem raju, a na weryfikację tych często przesłodzonych przekazów mogli sobie pozwolić tylko ci, którzy mieszkali najbliżej, czyli Amerykanie i ewentualnie Japończycy, choć i dla wielu z nich takie wakacje to wyprawa życia.

Archipelag liczy 137 wysp, z czego na 8 największych można łatwo dotrzeć. Nam udało się odwiedzić trzy najpopularniejsze: Oahu, Maui i Big Island. Następna w kolejności byłaby zapewne Kauai, która z tego co czytałam, jest bardziej dzika i zielona. Szczyt sezonu przypada na okres zimowy, kiedy to panują najlepsze warunku do uprawiania surfingu. Nie wiem, na ile pora roku wpływa na tutejszą faunę i florę, natomiast moje wrażenia opieram na wizycie, która miała miejsce w lipcu.


niedziela, 9 sierpnia 2015

Nowy Jork – miasto, które śpi o 6 rano

W telegraficznym skrócie: o 6 nad ranem Nowy Jork drzemie i tak zwiedzany na jet lagu jest najfajniejszy! Ulice jeszcze są puste, ale kawiarnie powoli już się otwierają. Potem pojawiają się jego śpieszący się gdzieś mieszkańcy, którzy zniecierpliwieni, z kubkiem kawy na wynos w ręku wymijają Cię, kiedy zatrzymujesz się na przejściu na czerwonym świetle. Nie zdziw się, jeśli wpadniesz na Broadwayu na znanego z hollywoodzkich superprodukcji aktora, albo gdy o 8 rano pod Rockefeller Center będzie dawać darmowy koncert kapela, której w każdym innym kraju posłuchać można jedynie za horrendalnie wysoką kwotę. I jeszcze jedna rzecz: w tym mieście spróbujesz każdej kultury świata – wszystkimi zmysłami! 
Dalej będzie już nie w skrócie.


poniedziałek, 22 czerwca 2015

Lizbona klasą ekonomiczną

Tym razem bardzo zależało mi, by moja kieszeń w jak najmniejszym stopniu odczuła zaplanowaną z dużym wyprzedzeniem wyprawę. Postanowiłam więc przygotować dla Was krótki poradnik, jak zorganizować długi weekend za granicą, nie ponosząc dużych kosztów. Lizbona okazała się dobrym miejscem, by odpocząć, dużo zobaczyć i wyszaleć się bez wydawania majątku.


Po moich ostatnich „północnych” podróżach brakowało mi południowego miasta: dużego, zatłoczonego, gwarnego, otwartego na obcych. W Lizbonie odnalazłam wszystkie te elementy, choć oczywiście wynikały z nich również pewne wady (bezdomni przy najbardziej reprezentacyjnych alejach, nagabywacze, śmieci na ulicach).

poniedziałek, 2 marca 2015

Islandia: kraina lodu i ognia



Trudno o lepsze podsumowanie Islandii w trzech słowach niż jej popularne określenie: „kraina lodu i ognia” – tutejszy krajobraz faktycznie jest w 100% ukształtowany przez lodowce i wulkany. Co więcej, w Islandii wiele rzeczy potrafi zaskoczyć, zresztą bardzo pozytywnie. Kraj ten geograficznie jest bardzo od Europy oddalony i zalicza się go do Starego Kontynentu jedynie przez wzgląd na łączniki kulturowe.  

Zacznijmy od mocnego uderzenia: Islandczycy wierzą w trolle i elfy. Nie ograniczają się jednak do przekazywania młodszym pokoleniom opowieści i legend, lecz postępują tak, jakby faktycznie żyli na jednym świecie z różnymi niecodziennymi istotami. To nie żart, że przed kilkoma laty zmodyfikowano plany budowy drogi, aby ominąć wioskę elfów. W sumie i ja zaczęłam wierzyć w trolle po tym, jak zginęło mi w dziwny sposób kilka rzeczy (trolle znane są z tego, że lubią podkradać różne rzeczy).

Niektórych jeszcze bardziej zdziwi fakt, że Islandia nie ma swojego wojska, a tutejsza policja nie nosi (i nawet nie chce nosić) broni. Kilka lat temu pierwszy raz trafił się szaleniec, który strzelał do przechodniów z okna – kiedy policja otworzyła do niego ogień, potem publicznie za to przepraszała. Jest to więc jeden z najbezpieczniejszych krajów świata. Ludzie są szczęśliwi, kierowcy przepuszczają pieszych, przypadki alkoholizmu leczy się przymusowo i nikt nie obawia się zostawić na noc przed domem nieprzypięty rower. Co ciekawe, skazani na karę więzienia są wpisywani na specjalną listę kolejkową, gdyż w całym raju są tylko trzy zakłady.  


Ponieważ historia Islandii wyznaczana jest przez erupcje wulkanów (jedna z nich była przyczyną wybuchu rewolucji francuskiej!) i trzęsienia ziemi, nie ma na wyspie dużo drzew i już dwa rosnące obok siebie nazywane są lasem. Natomiast gdy wybucha wulkan, Islandczycy wcale nie wpadają w panikę, lecz łapią za aparaty i podążają w stronę krateru, by zrobić jak najlepsze zdjęcia erupcji. Woda z kranu, ogrzewana przez gorące źródła, pachnie siarką. Zimna za to nadaje się do bezpośredniego spożycia. 

środa, 9 lipca 2014

Jak smakuje Bliski Wschód

Polacy polubili kuchnię bliskowschodnią - nie tylko tanie budki z kebabem, ale przede wszystkim nowe, modne lokale typu humus bar. Kuchnia bliskowschodnia jest zdrowa i smaczna, zaś kucharzom stwarza szerokie pole do popisu (odkąd odkryłam humus, próbowałam przyrządzić go w domu chyba ze wszystkich możliwych składników). Warto przyjrzeć się tej części świata od kuchni.


Rys geograficzny
Splot czynników historycznych i geograficznych sprawił, że możemy rozpatrywać kuchnię kilkunastu krajów Bliskiego Wschodu jako kuchnię jednego regionu, ponieważ przez wieki przenikały się ich wzajemne wpływy. Pod pojęciem Bliskiego Wschodu kryją się więc: Arabia Saudyjska, Bahrajn, Egipt, Irak, Iran, Izrael z Palestyną, Jemen, Jordania, Katar, Kuwejt, Liban, Oman, Syria, Turcja czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, a w kuchni tego regionu wyodrębnić można: turecką, arabską, izraelską i perską. Choć nawet kilka tysięcy kilometrów dalej odnajdziemy podobne składniki i przepisy, jak chociażby w Maroko. Wśród wymienionych „grup” w Polsce chyba najmniej znana jest kuchnia perska. Irański chleb z dodatkiem wody różanej lub szafranu jest jednym z najbardziej charakterystycznych jej dań.

Główne składniki
W bliskowschodniej kuchni królują warzywa (bakłażan, pomidor, papryka, cukinia), owoce (granat, cytryna, figa – dodawane również do dań głównych), zioła oraz rośliny strączkowe (ciecierzyca, soczewica, bób). Mięsa reprezentowane są przede wszystkim przez jagnięcinę i baraninę, podawane nierzadko w towarzystwie jogurtu.
Mieszkańcy tego regionu nie wyobrażają sobie życia bez humusu – pasty z ciecierzycy i zmiksowanych ziaren sezamu (pasta tahini). Wymyślony według legendy przez sułtana Saladyna w czasach wypraw krzyżowych, jest dziś przedmiotem sporu między Izraelem a Libanem. Arabowie, którym nie udało się zastrzec praw do produkcji humusu, oskarżają Izrael o przywłaszczenie sobie tej nazwy. Humus jest bogaty w białko roślinne i razem z pieczywem oraz mlekiem wielbłąda jest nieodłącznym elementem śniadania Beduinów, którzy tak posileni, mogą następnie wędrować przez cały dzień przez pustynię. Kraje Bliskiego Wschodu mają swoje odmiany kebabu, lecz co ciekawe, nazwa ta wywodzi się ponoć właśnie z języka perskiego.

Kultura jedzenia
Wysoka kultura jedzenia przejawia się tu celebrowaniem posiłków i licznymi tradycjami towarzyszącymi poszczególnym okazjom, jak narodziny dziecka, ślub czy pogrzeb. Na co dzień na śniadanie (w piątki spożywane nieco później) podaje się zazwyczaj chleb, jogurt, oliwki, daktyle, białe sery, dżemy i konfitury. Główny posiłek serwowany jest w ciągu dnia i składa się dań mięsno-warzywnych (lub rybnych w regionach nadmorskich). Dominujące dodatki to: kasze, ryż, pieczywo i świeże warzywa. Kolacja, podobnie do śniadania, jest skromniejsza i podawana na zimno, chyba że przygotowana została dla gości, którym gospodarze nigdy niczego nie żałują. Taką specjalną kolację kończy wniesienie na stół słodyczy, owoców i kawy. Ta zaś bywa tu mocna, czarna, z fusami i podawana na przykład kardamonem. Smakuje wyśmienicie nawet w plastikowym kubku! Co ciekawe, dania pojawiają się na stole jednocześnie i uczestniczący w tym rytuale powinni spróbować wszystkiego po trochu. Z kolei w Ramadanie, czyli miesiącu postu, jada się tylko dwa posiłki: przed i po zachodzie słońca. Ten pierwszy powinien dostarczyć sił na cały dzień. Wieczorny posiłek składa się natomiast z trzech dań: daktyli, zupy i dania głównego.

Bliski Wschód w Warszawie
W poszukiwaniu bliskowschodnich smaków warto zajrzeć na Poznańską. Ostatnio w Warszawie otworzyło się sporo restauracji, w których można spróbować najpopularniejszych potraw kuchni libańskiej czy marokańskiej, lecz moim zdaniem na ich tle zdecydowanie wyróżnia się Beirut hummus & music bar. Od mojej ostatniej wizyty w tym miejscu minęły co prawda dwa lata, ale to przy Poznańskiej powstały pierwsze lokale oferujące coś nowego, unikalnego (jak chociażby zlokalizowana po drugiej stronie ulicy Tel-Aviv Cafe). Beirut może nie jest najtańszy, a ich humus mógłby być podawany w mniej prowizorycznych naczyniach, ale główna zaleta tego miejsca tkwi w najważniejszym: menu (nie można nie zamówić bakłażana z pestkami granatu i orzeźwiającej mięty) i wystroju (kafelki na ścianach, otwierane latem okna), który przybliża atmosferę do tej panującej (zapewne) w tytułowym mieście. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Warsaw’s multitap bars

Po burger barach, kawiarniach z bubble tea i stoiskach z mrożonymi jogurtami, na warszawski rynek gastronomiczny wkroczyły multitap bary. O ile ciężko mi zrozumieć te dwa pierwsze trendy - a przynajmniej skalę zjawiska - tak ten ostatni przyjmuję ze sporym zadowoleniem. Nowe lokale wciąż powstają, lecz nie w aż tak szybkim tempie, by cierpiała na tym popularność poszczególnych pubów. 

Brakuje mi w Polsce kultury picia alkoholi. W Tbilisi są winiarnie, w których można usiąść i napić się wina. W Alzacji można spróbować kilku gatunków w specjalnych małych kieliszkach zanim kupi się to najlepsze. W Belgii natomiast do rangi wytwornego trunku urasta piwo, kojarzone u nas raczej z puszką, kanapą i golonką. Tam podawane jest w kieliszkach, w których nabiera zupełnie innego smaku. Belgijskie piwo należy do moich ulubionych ze względu na różnorodność gatunków i bogactwo smaków (nawet te kilkunastoprocentowe charakteryzują się owocową nutą).

Multitap bars to idealne miejsce na spotkanie w gronie znajomych w letni wieczór – możecie tu spróbować co najmniej kilkunastu gatunków piw z kija i kilkudziesięciu butelkowanych, w nieco innej scenerii niż przy drewnianej ławie, z plastikowego kubka, jak to się do tej pory robiło. Fajnie więc, że zaczęły powstawać i w Warszawie. Jednymi z pierwszych były Kufle i Kapsle, w których nie udało mi się jeszcze zawitać na dłużej, gdyż za każdym razem w tym niewielkim pubie brakowało wolnych stolików. Równie modne są Cuda na Kiju, otwarte w miejscu, gdzie wcześniej znajdowała się kawiarnia Moments Tasty Life. Po tej stronie Alei Jerozolimskich wciąż niewiele się dzieje, ale każdy lokal pod tym adresem ma u mnie spory plus za samą lokalizację – przeszklone ściany tworzą wyjątkowy klimat, o ile oczywiście nie siedzi się w piwnicy. Oprócz piwa, można tu zjeść pizzę z ciekawie skomponowanymi dodatkami.

Przy ulicy Parkingowej, niespodziewanym nowym zagłębiu knajpek, otworzył się w zeszłym roku Piw Paw. W ofercie degustacja piw, coś na ząb i wieczny radosny gwar. Belgijskiego piwa z kija napijecie się również w Chmiel Cafe, która stawia na oryginalne połączenie, bowiem jej drugim filarem są włoskie lody i wypieki. 

I wreszcie, Delirium. Najsłynniejszy lokal w Brukseli przyciąga piwoszy z całego świata. W ofercie tego pubu znajduje się ponad 2 tysiące różnych piw z 60 krajów, co jest oficjalnym rekordem zapisanym w Księdze Guinnesa. Lokal mieści się w jednej z piwnic na starówce, a za stoły służą tu olbrzymie beczki. Największą popularnością cieszy się piwo podawane w wielkich kilkulitrowych kuflach. Wieczorami można posłuchać muzyki na żywo. Filie powstały nawet w Brazylii i Japonii, a niedawno również w Warszawie, na Nowym Mieście, gdzie dotąd bywałam dość rzadko i mam nadzieję bywać teraz częściej. Lokal nie jest duży, może nie ma tu jeszcze wielkomiejskiej atmosfery, ale jest za to pyszny kriek z kija.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Bajkowa Alzacja

W tym roku mam szczęście do miejsc o bajkowych krajobrazach i do miejsc smacznych, słynących chociażby z produkcji win. Alzacja zawsze była na mojej liście miejsc do odwiedzenia, ale pomysł, by pojechać tam akurat na początku listopada pojawił się dość spontanicznie. Był to jednak strzał w dziesiątkę, gdyż kraina ta zaskoczyła nas bardzo pozytywnie widokami i pogodą. I doskonale wpisała się w ten powyższy nurt.


Alzacja to nie tylko administracyjny region Francji położony w północno-wschodniej części kraju nad Renem, lecz również sąsiadująca z Niemcami kraina historyczna. Właśnie Niemcy, pod których panowanie Alzacja dostawała się w przeszłości, wywarły na nią ogromny wpływ. Dziś Alzatczycy wciąż noszą niemiecko brzmiące nazwiska, mówią płynnie po niemiecku, choć Niemcami wcale się nie czują…

Najlepsza pora by tu przyjechać to podobno wiosna, kiedy zielone winnice zaczynają uginać się pod ciężarem dojrzewających powoli winogron. Jeszcze piękniej jest jednak jesienią: choć owoce są już zebrane, pola przybierają barwę od złota do … złota. Wina jest tu zawsze po dostatkiem, ale to właśnie wczesna jesień uchodzi za najlepszy czas na jego degustację wzdłuż słynnej ponad stukilometrowej Route des Vins. Z niezbyt optymistycznych, deszczowych prognoz sprawdziło się tylko 40% - przez pozostały czas świeciło Słońce, a z pól wyrastały ogromne tęcze.


Najbliższe większe lotniska znajdują się w Strasburgu, Bazylei i Stuttgarcie, dalsze – w Zurychu, Frankfurcie i Monachium. Alzację najwygodniej jest zwiedzać samochodem, gdyż tylko tak można dotrzeć do mniej zatłoczonych miejsc, z dala od głównej trasy. Popularna jest również turystyka rowerowa (przemierzenie autem całej Route des Vins bez zatrzymywania się zajmuje nieco ponad godzinę).

Na pierwszy rzut oka, można tu szukać spokoju i wyciszenia, z dala od zgiełku miasta, ale tak naprawdę atrakcji jest nieskończenie wiele. Alzacja to bowiem nie tylko malownicze winnice, urokliwe wioski i miasteczka – to również monumentalne zamki, duże międzynarodowe miasta, fabryki ekskluzywnych samochodów (Bugatti w Miluzie) czy kawałek tragicznej historii II wojny światowej (obóz koncentracyjny Natzweiler-Struthof).

Colmar
Stolicą regionu, ale też Unii Europejskiej (obok Brukseli) jest Strasburg – miasto ze spektakularną katedrą i charakterystyczną dla Alzacji zabudową w dzielnicy Petite France. Ten pierwiastek międzynarodowości nadaje mu jednak charakteru wielkomiejskiego, przez co bardziej reprezentatywny będzie moim zdaniem Colmar, zaliczany do najpiękniejszych miasteczek Starego Kontynentu. Poprzecinany jest kanałami (kilkoma, ale zawsze coś), kolorową i cukierkową zabudową i witrynami z francuską modą, co razem tworzy niepowtarzalny klimat. Choć trudno o lepszą przynętę na turystów, zwiedzałyśmy miasto w sobotni wieczór i niedzielny poranek, w strugach deszczu (a czytałam, że jest to najbardziej suche miejsce we Francji), dzięki czemu wszystkie te urokliwe uliczki były całkiem wyludnione, choć nie można powiedzieć, że sezon się zakończył – w doniczkach kwitły wciąż kwiaty.

Eguisheim
Nieopodal Colmaru leży Eguisheim, jedna z czterech wiosek regionu zrzeszonych w organizacji Les Plus Beaux Villages de France (należą do niej najpiękniejsze wioski w kraju). Choć kręci się tu wielu turystów, warto zajrzeć. Największe tłumy przyciąga Riquewihr. Kilka kilometrów dalej znajduje się maleńkie Hunawihr z górującym nad resztą zabudowy XIV-wiecznym kościółkiem wynurzającym się z winnic. Wszystkie te miasteczka szczycą się średniowieczną zabudową, w większości przypadków ograniczoną do jednej ulicy, tak więc zwiedzanie nie zajmuje wiele czasu, pod warunkiem oczywiście że nie pochłoną nas degustacje. Pewną odmianę może stanowić wybudowany na wzniesieniu o wysokości prawie 800 m n. p. m. średniowieczny zamek Haut-Koenigsbourg, z którego roztacza się imponujący widok na okolicę.

Kuchnia
Mieszkańcy Alzacji jedzą trochę inaczej niż Francuzi np. z Paryża. Przede wszystkim ich kuchnia jest ciężka i sycąca, podobnie jak niemiecka. Dominują w niej: mięso, ziemniaki, cebula. Dwa sztandarowe dania obfitują w kalorie i cholesterol i bynajmniej nie kojarzą się z romantyczną kolacją. Pierwsze z nich, choucroute (szukrut) to kapusta kiszona podawana z różnego rodzaju mięsem: szynką, boczkiem, kiełbasą. Do kapusty, jeszcze na etapie kiszenia, dodaje się jagody jałowca oraz gęsi tłuszcz lub smalec, które nadają daniu niepowtarzalny smak. Baeckeoffe to natomiast zapiekanka z ziemniaków, wieprzowiny i baraniny, podana w tradycyjnym alzackim naczyniu. Mięso jest wcześniej marynowane w winie i pieczone przez kilka godzin z piekarskim piecu. Całość najlepiej popić piwem, które jest tu skąd inąd niezłe. Do najsłynniejszych regionalnych browarów zaliczają się: Kronenbourg, Fischer i Adelshoffen. Z całą pewnością jest to najbardziej piwny region Francji.

Ci, którym bliżej do wyrafinowanej kuchni francuskiej, nie wyjadą jednak zawiedzeni. Smaczną wizytówką Alzacji jest tarte flambée, w Niemczech nazywana Flammekueche. To taka pizza na cieniutkim cieście, przypominającym macę - jest więc o wiele lżejsza od tradycyjnej włoskiej pizzy. Oryginalnie podawana ze śmietaną, boczkiem i cebulą, pojawia się dziś w kartach z najróżniej skomponowanymi składnikami. Zwłaszcza u sąsiadów zza Renu, gdzie dostępna jest we wszystkich zachodnich landach, restauracje oferuję „włoskie” warianty (np. rucola i mozarella).


Więcej na temat kuchni alzackiej na tej stronie.

środa, 23 października 2013

Praga czeska



Chlubą miast nowoczesnych są designerskie restauracje, kawiarnie i bary, urządzone z pomysłem, pod chwytliwą nazwą. Takie miejsca bywają przyjemne, ale na próżno szukać w nich jeszcze ducha historii. Praga, choć dużo bardziej wielokulturowa i liberalna od polskich miast, przyciąga natomiast secesyjną atmosferą: ponieważ przy stołach tutejszych lokali powstawały dzieła najważniejszych artystów, tradycja kawiarni literackich uchowała się do dziś i śmiało można zwiedzać to miasto szlakiem tych historycznych restauracji, które pozwalają wyobrazić sobie, jak żyli wielcy twórcy XX czy XIX wieku. 


Stolica Czech położona jest na wzgórzach, skąd wynika szereg jej innych cech: jest całkiem nieprzystosowana do rowerzystów, ale jest również piękna. To także miasto:

  • gąszczu wieżyczek i kopuł, do zaobserwowania z jednego z punktów widokowych (np. na Hradczanach lub z wieży ratusza na Starym Mieście). Te najbardziej charakterystyczne wieże należą to Kościoła Tyńskiego i stały się dla mnie kwintesencją czeskiej architektury;
  • ponoć niemiłych kelnerów (a zatem miasto dla ostrożnych: na nie zawsze wręczanym rachunku odnaleźć można kwotę powiększoną o szereg niezamówionych pozycji);
  • świetnie utrzymanych kamienic, z których każda mogłaby uchodzić u nas za perełkę i dla których warto opuścić ścisłe centrum;
  • dla ludzi z dobrą kondycją, gdyż przystanki komunikacji miejskiej znajdują się w pewnym oddaleniu od tych najsłynniejszych miejsc, w związku z czym trzeba się tu trochę nachodzić;
  • witryn, z których spogląda na przechodniów Krecik;
  • miasto, w którym nie ma dwupiętrowych autobusów ani dorożek dla turystów, są za to stare czerwone (i nie tylko) samochody. Kierowca takiego auta przewiezie chętnych m.in. przez dawną dzielnicę żydowską i ulicę Paryską, na której rozwinął się handel dobrami luksusowymi – swoje butiki mają tu najdroższe domy mody.
Jest jednak kilka miejsc, do których trzeba dotrzeć na piechotę. Przez jeden z najsłynniejszych mostów świata, XIV wieczny most Karola nie przejedziemy autobusem czy samochodem. Mimo to w ciągu dnia jest tu tak ciasno, że trzeba nadludzkiej cierpliwości, by przedrzeć się na drugą stronę lub zrobić pamiątkowe zdjęcie. Ciekawą opcją wydaje się więc być mniej oblegana pora, jak na przykład wschód Słońca. Z ruchu kołowego i poniekąd pieszego wyłączona jest Złota Uliczka na Hradczanach. Zamieszkiwana w przeszłości przez złotników, biedotę i artystów, dziś dostępna jest tylko dla tych, którzy zechcą zapłacić za wstęp. Na tym tle wyróżnia się Tańczący Dom, przykład architektury nowoczesnej (wybudowany wszak został w 1996 roku).

Kawiarnie, karczmy i jedzenie uliczne
Jak pisałam, nieodłącznym elementem praskiego rynku gastronomicznego są kawiarnie, zwłaszcza literackie. Lokale te od lat funkcjonują w najlepszych praskich lokalizacjach. Nawet jeśli można mówić o znaczącym przereklamowaniu i nawet jeśli 90% klientów stanowią dziś turyści, warto wpaść chociażby do najsłynniejszej z nich, Cafe Slavia, śladem aktorów mieszczącego się naprzeciwko Teatru Narodowego, którzy niegdyś wpadali tu na pogaduchy po ciężkim dniu pracy. Firmową pozycją w karcie jest seksint – koktajl z szampana i absyntu. Ponoć smak pozostawia wiele do życzenia, ale spróbować trzeba – jeśli znajdzie się stolik z widokiem na rzekę Wełtawę, może to być nawet ciekawym doświadczeniem. Są również miejsca, w których można odpocząć od turystycznego zgiełku, jak chociażby Le Patio przy ulicy Národní 22.
Pierwsza rada dla turystów odwiedzających Pragę brzmi: zanim wyjdziesz na Starówkę, sprawdź w przewodniku/ Internecie lub najlepiej zapytaj mieszkańca tych okolic o polecaną restaurację. Z dużym prawdopodobieństwem wizyta w niesprawdzonym lokalu, który „wygląda ładnie” zakończy się - jak w moim przypadku - gastronomiczną wpadką, niemającą nic wspólnego z tradycyjną kuchnią czeską. Dlatego warto postawić na proste karczmy, których niewątpliwą zaletą są niskie ceny, duże porcje i tradycyjne, smaczne jedzenie. Koniecznie trzeba zajrzeć do Havelskiej Koruny – lokalu położonego tuż przy Starówce i utrzymanego w stylu baru mlecznego. Przy wejściu otrzymacie tu karteczkę, na której będziecie zbierać numerki wybranych dań. Na koniec, przy wyjściu uiszcza się opłatę na podstawie takiego właśnie rachunku. W menu znajdziecie tu chociażby zupę czosnkową, ziemniaczaną, smażony ser, knedliki na słodko lub na słono, czy miodownik, czyli wszystko to, z czego słynie kuchnia czeska. 
Już na Starówce kuszą stoiska z jedzeniem  ulicznym: kiełbaskami, plackami ziemniaczanymi podawanymi z kapustą, naleśnikami czy trdelnikami. Trdelnik to tradycyjne słodkie ciasto opiekane nad ogniem, popularne w Czechach, na Słowacji i Węgrzech (tam znane jest pod nieco inną nazwą). Owijane jest wokół rożna i posypywane cukrem wymieszanym z orzechami oraz cynamonem, które nadają mu ciekawy smak. 

czwartek, 26 września 2013

O’zapft is! 180. Oktoberfest

Jest kilka takich miejsc, które po prostu trzeba odwiedzić o odpowiedniej porze. Jeśli Rio i Wenecja, to tylko podczas karnawału. Jeżeli Monachium, to tylko w Oktoberfest*. Co prawda tradycyjne zwiedzanie tych miast lepiej jest zaplanować na inną datę, lecz moim zdaniem w żadnym innym terminie wizyta nie dostarczy tylu informacji na temat ich kultury i mieszkańców. Po moim pierwszym Oktoberfeście (wyjazd zaplanowałam z rocznym wyprzedzeniem) zaczynam doskonale rozumieć ludzi, którzy przyjeżdżają tu co rok.

Chcemy zobaczyć ceremonię otwarcia, podczas której burmistrz Monachium dwoma wprawnymi ruchami odszpuntowuje młotkiem pierwszą beczkę z piwem, wypowiadając słynne „O’zapft is!” (Odszpuntowana!). W rzeczywistości jest to mało realne, gdyż trzeba zjawić się na Theresienwiese dużo wcześniej. Jednak już samo przyjście tutaj o każdej porze dostarcza wielu wrażeń.

Na tych kilkanaście dni całe Monachium przywdziewa Drindl (tradycyjny gorset ze spódnicą) i Lederhosen (męski skórzane spodnie) – również urzędnicy, kelnerzy i sprzedawcy w sklepach. Najchętniej czynią to jednak turyści (co roku przyjeżdża tu ich 6-7 milionów), którzy zaopatrują się w sklepikach z pamiątkami i na straganach. Miejscowi kupują stroje od certyfikowanych producentów. Za taki Drindl trzeba zapłacić nawet kilkaset euro, można jednak oczekiwać najwyższej jakości i pięknego wykończenia. Mi wystarczy na jeden dzień tyrolska bluzka, po drodze dostaję do tego bawarski kapelusz. Kilka przystanków od centrum jesteśmy jeszcze jedynymi przebranymi pasażerami, ale z każdym przystankiem takich pasażerów przybywa. Po wyjściu z metra wystarczy już tylko podążać za radosnym kolorowym tłumem.

Docieramy do Theresienwiese, gdzie w 1810 roku świętowano ślub bawarskiego księcia Ludwika z księżniczką Therese von Sachsen-Hildburghausen. Od tamtej pory na stałe wpisała się do kalendarza tradycja hucznego obchodzenia dożynek chmielowych. Pod koniec XIX wieku zaczęto tu rozstawiać również namioty, huśtawki i karuzele. Dziś to miejsce stanowi społeczne serce Monachium: obywają się tu różnego rodzaju uroczystości, festiwale itd. Nic jednak nie wzbudza tak dużego zainteresowania. Ogromna przestrzeń zapełnia się 14 namiotami głównych monachijskich browarów: Spaten-Franziskaner-Bräu, Augustiner, Paulaner, Hacker-Pschorr, Hofbräu i Löwenbräu, ustawionych wzdłuż głównej alei. „Namiot” to tylko potoczna nazwa – w rzeczywistości są to ogromne hale, w których w sumie zasiąść może jednocześnie 65 tysięcy gości. Dla tych, którzy nie dostaną się do środka, przygotowano stoiska z jedzeniem na wynos, w których można dostać najróżniejsze niemieckie specjały: pierniki, placki ziemniaczane, frytki, knedle, Spätzle, cynamonowe bułeczki, precle, owoce w czekoladzie. Nie brakuje również wspomnianych już karuzeli – począwszy od diabelskiego młyna (który skąd inąd stanowi znakomity punkt obserwacyjny), skończywszy na kolejkach górskich i innych ekstremalnych atrakcjach, niekoniecznie dla najmłodszych. Do każdej ustawiają się długie kolejki.
Miejsca siedzące w namiocie rezerwuje się już w marcu. Aby w ogóle wejść do środka, trzeba przyjść przed południem. W weekend szanse na to są nikłe, chyba że szuka się sposobu, jak wydać kilkaset euro. ;) Pozostali mogą jedynie przez szybę poobserwować tańce na stołach, lecz przy odrobinie szczęścia, zwolni się miejsce przy stole na zewnątrz. Tutaj też jest wesoło: ci, którzy siedzą tu od rana, skorzy są, by wstać i ku uciesze pozostałych, wypić na raz cały litrowy kufel piwa. Pogoda dopisuje, więc siadamy obok pary Finów. Potem dane nam jeszcze będzie dosiąść się do grupy Szwedów a następnie Rosjan (w zasadzie to oni się dosiądą).
Piwo podawane jest w ciężkich szklanych kuflach, kelnerki jednak są w stanie udźwignąć kilka na raz. Do wyboru jest klasyczny Oktoberfestbier, piwo ciemne, pszeniczne lub Radler (cytrynowe). Nie ma mowy o wyszukanych smakach, czy syropach – jeszcze w 1516 roku ustanowiono tu prawo, na mocy którego do produkcji piwa można używać tylko słodu, chmielu i wody. Obowiązkowym obiadowym daniem na Theresienwiese jest golonka lub równie popularny kurczak, podawane na przykład z okrągłym knedlem przypominającym dużą kluskę śląską. Choć trzeba długo czekać, opłaca się. W karcie są również inne lokalne dania: kiełbasy, kluski, kapusta kiszona…
Podobną atmosferę można poczuć w licznych pozostałych monachijskich lokalach. Wieczorem wybieramy się więc do Hofbräuhaus, jednej z najstarszych i najsłynniejszych tutejszych piwiarni.  Lokal mieści się na dwóch poziomach zabytkowej kamienicy o typowych bawarskich wnętrzach. Piwo i wystrój to niejedyny atut: karmią tu znakomicie (koniecznie trzeba spróbować świetnie przyrządzonej kapusty kiszonej i Käsespätzle).

Theresienwiese zamyka się koło północy – to w końcu Niemcy. ;) Warto jednak wstać rano w niedzielę, by zobaczyć wspaniały kilkugodzinny przemarsz przez miasto pięknie ubranych grup folklorystycznych, transmitowany przez ogólnoniemiecką telewizję.
***
Wysiadam w Warszawie z samolotu – tu temperatura jest kilka stopni niższa. W końcu jesteśmy kilkaset kilometrów na północ. Jako jedyna tak ubrana osoba, zaczynam czuć się nieswojo w bawarskim kapeluszu. Jedno jest pewne: nie chcę, by był to tylko jednorazowy zakup. Chcę wrócić do Monachium za rok.

* Wbrew swojej nazwie, Oktoberfest zaczyna się zwyczajowo we wrześniu, a dokładnie – po 15. dniu miesiąca, kończy się natomiast w pierwszą niedzielę października. Jeżeli ta wypada 1 lub 2 października, Oktoberfest przedłużany jest do Święta Zjednoczenia Niemiec (3 października), tak więc może trwać od 16 do 18 dni. Taka zasada stosowana jest od 1872 roku, a wprowadzono ją, by świętujący mogli się jeszcze załapać na słoneczną letnią pogodę.

środa, 4 września 2013

Tak smakuje Belgia



Jak wiele zależy od pory roku! Za pierwszym razem spodobała mi się brukselska Starówka, ale reszta miasta wydała mi się o wiele mniej ciekawa. A przede wszystkim było strasznie zimno! Bo w Belgii trzeba mieć szczęście do pogody -  średnie temperatury są tu o kilka stopni niższe niż w Polsce. Nie ominęło nas ono podczas drugiej wizyty, która zresztą miała zgoła odmienny charakter: w samej Brukseli spędziliśmy ledwie jedną noc (wystarczająco dużo by zmienić zdanie na temat tego miasta), natomiast przez trzy kolejne dni zwiedziliśmy znacznie więcej kraju, niż mieliśmy w planach.

Bruksela
Grand Place wciąż robi wrażenie. Każdy szczegół na fasadach kamienic, secesyjne puby, fontanny czekoladowe na sklepowych wystawach, zapach muli (choć ich nie lubię) wieczorem na uroczej Rue des Bouchers… To zdecydowanie jedna z najbardziej apetycznych stolic Europy! Nie będę oryginalna, twierdząc, że wiosną i latem jest tu zielono, przez co idealnym celem spacerów stają się również wszystkie „parkowe” tereny: obszary w okolicy Pałacu Królewskiego, czy dzielnicy europejskiej. 

W Brukseli zjedliśmy najlepsze frytki w życiu. Nietrudno tu na takie trafić: belgijskie frytki są z definicji chrupiące, nietłuste i świetnie przyprawione. Pachną i smakują najlepszym gatunkiem ziemniaka i nie ma tu miejsca na wyrzuty sumienia, że takie jedzenie jest niezdrowe. Belgowie dodają do frytek rozmaite sosy, ale koniecznie trzeba je zjeść z majonezem. Angielska nazwa French fries błędnie wskazuje Francuzów jako wynalazców tego dania. Według przekazów, pewnej mroźnej zimy, kiedy zamarzła rzeka Meuse w Walonii, zdesperowani mieszkańcy tego regionu zaczęli kroić ziemniaki - jedyne pożywienie, jakie im pozostało – w kształt rybek (zabranych im z kolei przez bezlitosną pogodę). Następnie smażyli je na wołowym oleju. Dziś smaży się frytki dwukrotnie, w różnych temperaturach. Coś musi być w tej recepturze, skoro Brugii poświęcono im całe muzeum!

Czy ktoś by wpadł na to, że to z Brukseli wywodzi się popularny ostatnio format śniadania z domowym pieczywem i przetworami, przy komunalnym stole? Le Pain Quotidien to popularna, międzynarodowa sieć piekarni-boulangerii, założona właśnie tutaj w 1990 roku. Jej właściciel Alain Coumont stworzył nowatorski koncept który był potem kopiowany przez innych restauratorów na całym świecie: na miejscu wypiekane jest własne pieczywo i sprzedawane są ekologiczne przetwory, zaś rustykalne meble zakupione na pchlim targu - w tym wspólny stół - stwarzają efekt dawnego wiejskiego sklepu. Dziś Le Pain Quotidien operuje w 17 krajach, z ponad 180 kawiarniami.

Brugia
Brugia była głównym celem tego wyjazdu (po drodze wpadliśmy jeszcze co prawda na chwilę do Ostendy, lecz stamtąd przegonił nas deszcz). Dzięki dogodnym godzinowo i niedrogim lotom do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Chrleroi, można tu spędzić fantastyczny przedłużony weekend. Warto obejrzeć przy tej okazji film „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” (oryg. In Bruges), w którym miasto gra pierwszoplanową rolę, lecz absolutnie nie wolno sugerować się refleksyjnym wątkiem filmu. W rzeczywistości Brugia jest śliczna (pokuszę się o stwierdzenie, że to jedno z najpiękniejszych miasteczek, w których byłam), wręcz cukierkowa, dopieszczona w każdym calu. Nie sprawia wrażenia prowincjonalnej, bo na której prowincji spotkamy takie tłumy turystów? Jeżeli te będą komuś przeszkadzać, można zboczyć z najbardziej uczęszczanego szlaku, wcale nie tracąc na widokach. Tutejsza Starówka jest rozległa i można ją zwiedzać także pływając kanałami („flamandzka Wenecja”). Dwie podstawowe atrakcje to Bazylika Świętej Krwi wybudowana na wzór świątyni w Jerozolimie (z relikwią Krwią Chrystusa) oraz Madonna z Dzieciątkiem (Kościół NMP) - jedna z niewielu rzeźb Michała Anioła, która została sprzedana poza granice Italii.

Tutaj również na każdej ulicy jest po kilka sklepów z czekoladkami. Do wyboru będą nie tylko trufle i praliny, ale też owoce maczane w płynnej czekoladzie, karmelki, krówki, pianki, landrynki, ciasteczka, makaroniki. Nie wszyscy wiedzą, że składnikiem równie ważnym w tutejszej kuchni  jak czekolada, jest cykoria. Belgowie potrafią przyrządzić ją tak, by pozbawić warzywo charakterystycznego, gorzkiego smaku. Podawana jest na wiele sposobów, np. owinięta w szynkę i zapieczoną w serze. 
Na tle krajów słynących w produkcji piwa moim zdaniem Belgia wyróżnia się najbardziej. Nigdzie indziej nie spróbujemy tylu lokalnych odmian otrzymywanych przy wykorzystaniu tradycyjnych technik. Belgijskie piwa są mocne, bo dostaniemy nawet takie, w których zawartość alkoholu sięga kilkunastu procent, ale nawet te mają ciekawy owocowy posmak. Na uwagę zasługuje lambic, który powstaje w wyniku fermentacji spontanicznej, ze słodu jęczmiennego z dodatkiem pszenicy. To najstarsza znana metoda: fermentacja spontaniczna ma miejsce na otwartym powietrzu, po zetknięciu płynu z dzikimi drożdżami w powietrzu. Lambic może dojrzewać do pięciu lat w beczkach, które wcześniej służyły do przechowywania wina. Jedną z odmian lambica jest nazywane brukselskim szampanem gueze. Faktycznie, w smaku przypomina szampan! Ten rodzaj powstaje przez zmieszanie kilku roczników lambika i ponownej fermentacji w butelkach typu szampańskiego. Są również lambiki owocowe, a wśród nich znakomity i opisywany już na tym Blogu kriek z dodatkiem wyciągu z wiśni. Owocowa nuta jest tu głęboka i naprawdę piwo z butelki nie umywa się do tego z kija. Warto zatrzymać się tam, gdzie tabliczka informuje o możliwości degustacji piwa.

Gandawa
Odetchnąć od turystycznego zgiełku można na przykład w Gandawie, która ma znacznie bardziej miejski i studencki charakter, lecz również jest piękna. Do największych atrakcji tego miasta należy tzw. Ołtarz Gandawski autorstwa Huberta i Jana van Eycków, który można obejrzeć w Katedrze św. Bawona i który uchodzi za najwybitniejsze dzieło gotyckiego malarstwa flamandzkiego. 

Spragnieni belgijskich słodkości powinni spróbować speculoos, tradycyjnych korzennych ciasteczek, zazwyczaj o kształcie figurek przyozdobionym ornamentem, wyrabianych przy użyciu drewnianych form. Jako pierwsi zaczęli wypiekać je Holendrzy, co nie oznacza wcale, że Belgowie są ich mniejszymi fanami. Wręcz przeciwnie – belgijskie speculoos różnią się trochę składem, zaś na przykład w Hasselt, mieście uchodzącym za ich kolebkę, korzysta się wciąż z oryginalnych starych receptur. Dawniej speculoos były synonimem luksusu, jednak w 1830 roku spożywali je już żołnierze wyruszający na wojnę, a późniejszych czasach – pielgrzymi. W sklepach powszechnie dostępna jest pasta speculoos, która przypomina w smaku i konsystencji masło orzechowe. Nie powinno również nikogo zdziwić piwo o takim właśnie aromacie.

Antwerpia
Choć początkowo nie mieliśmy tego w planach, udało nam się zatrzymać także w Antwerpii. To miasto o bardzo bogatej ofercie kulturalnej, być może dlatego, że przez jakiś czas mieszkał tu sam Rubens, którego dom jest dziś jedną z głównych atrakcji turystycznych. Co jeszcze wyróżnia Antwerpię? Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na dworzec kolejowy Antwerpia Centralna, jeden z największych w Belgii i najpiękniejszych w Europie. Rejony w jego pobliżu nazywane są diamentową dzielnicą, ponieważ to tutaj rozkwitł handel diamentami, z których słynie miasto. Jest on skoncentrowany w rękach ortodoksyjnych Żydów, stanowiących liczną grupę wśród mieszkańców. Swój urok mają również ciekawy gmach muzeum MAS czy zabytkowy wieżowiec z lat 30-tych, który w czasach powstania był pierwszym tego typu budynkiem w Europie. Nie jest on jednak otwarty dla zwiedzających. 

W przerwie między zwiedzaniem obowiązkowo trzeba zjeść gofra – Belgowie są bez wątpienia mistrzami w ich przyrządzaniu. Ciasto gofrowe jest tu idealnie słodkie, z zewnątrz chrupiące i rumiane a w środku mięciutkie. Trudno spodziewać się innego rezultatu, skoro już w Średniowieczu wpadli oni na pomysł, by wypiekać gofry przy pomocy żeliwnych płytek w kratkę. Oczywiście, w zależności od regionu, spotkać tu można różne odmiany, jednakże najczęściej będą to wafle owalne, z dodatkiem cukru na kratkach, który karmelizuje się w trakcie pieczenia. Na belgijskich witrynach zazwyczaj prezentowane są rozmaite kompozycje z dodatków: z owocami, cukrem pudrem, bitą śmietaną, czekoladą, nutellą a nawet pastą speculoos

Spacerując tak centralnymi uliczkami Antwerpii, trafiliśmy niespodziewanie na ptasi targ, na którym – oprócz kupna kury, indyka czy papugi – można było spróbować lokalnych produktów, w tym pysznego żółtego sera. 

SPRAWDZONE ADRESY
 
Dokąd na frytki:  Fritland, Rue Henri Maus 49, Bruksela – lokal na Starówce, wygląda jak fast-food, ale ich frytki powalają na kolana! 

Dokąd na śniadanie: Le Pain Quotidien, cała Belgia.

Dokąd na mule: Chez Leon, Rue des Bouchers 18, Belgia – uwaga! Jezeli okaże się, że zajmujesz miejsce podpisane imieniem sławnego aktora, który akurat zjawi się w restauracji, trzeba będzie ustąpić właścicielowi. 


Dokąd na piwo: T' Brugsch Bieratelier, Wijngaardstraat 13, Brugia – za 8 euro można spróbować 3 wybranych lokalnych piw.
De Garre, De Garre 1, Brugia – ponoć jedyna piwiarnia na świecie, gdzie można spróbować piwa brzoskwiniowego z kija. Lokal prowadzony przez Belga i Polkę. Choć w samym centrum, ciężko tu trafić, bo można przeoczyć wąską uliczkę.
Delirium Café, Impasse de la Fidélité 4, Bruksela – najsłynniejszy brukselski pub z filiami w innych miastach. Głośny (koncerty) i zatłoczony, ale klimatyczny. W karcie ponad 2 tysiące piw, które można zamówić w 2-litrowym kuflu. 

Dokąd na gofry: Queen of Waffles, Grote Markt 60, Antwerpia – niezłe klasyczne gofry w samym sercu Antwerpii, lecz bardzo drogie. 

Dokąd na czekoladę: wszędzie – najwięcej sklepów jest w Brukseli i Brugii, natomiast bardzo niewiele w Gandawie.  

Więcej o kuchni belgijskiej na polska-gotuje.pl.