Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sport. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 stycznia 2016

Madryt: o futbolu, tapas i airbnb

Niespodziewanie Madryt uplasował się w czołówce listy moich ulubionych europejskich stolic. Niespodziewanie, gdyż pierwsza, dość krótka zresztą wizyta w tym mieście, która miała miejsce jakieś 10 lat temu, nie pozostawiła aż tak pozytywnych wspomnień. Tym razem spędziliśmy w stolicy Hiszpanii tylko przedłużony weekend, ale tyle wystarczyło, by się w niej zakochać. Niezatłoczony, pozasezonowy Madryt wydał nam się wyjątkowo przyjazny. Serdeczni ludzie, pyszne jedzenie, wyjątkowy design, piękna architektura i cudowne restauracje – to wszystko można znaleźć tu na każdym kroku!

niedziela, 20 września 2015

Londyn bez przewodnika

To zdecydowanie moja ulubiona europejska (i nie tylko) stolica i coś czuję, że całkiem niedługo może niespodziewanie nadarzyć się okazja do zdobycia dodatkowego materiału. Wszystko zaczęło się 10 lat temu, kiedy można było tam dostać fish & chips za 1 funta i kiedy moje wówczas jeszcze niepełnoletnie wizyty w zadymionych pubach na przedmieściach miały nielegalny smak. ;) Gdy ostatnio między półkami księgarni w dziale podróżniczym sięgnęłam z czystej ciekawości po raz pierwszy po przewodnik po Londynie, okazało się, że większość najważniejszych miejsc już odwiedziłam.


Oczywiście, jak w każdym innym mieście, można przemierzyć trasę 24-, 48- czy 72-godzinną, zaliczając wszystkie najważniejsze punkty: Parlament i Westminster, Buckingham Palace, Trafalgar Square, Picadilly Circus, St. Paul’s Cathedral, Tower Bridge, London Eye, Greenwich. Ponieważ jednak można dolecieć tu tanio, szybko i często, polecam nie zwiedzać wszystkiego na raz, lecz podążyć jednym ze szlaków tematycznych. Wiele ciekawych miejsc można odkryć zupełnym przypadkiem, a znany z filmów londyński klimat poczujecie nawet błądząc bez celu po mieście podczas jednodniowej wizyty. Tanie linie dolatują z Warszawy na trzy lotniska: Luton, Stansted (z Modlina) i Gatwick. Z każdego z nich można dość sprawnie dostać się do centrum.

sobota, 5 września 2015

Aloha State – obalamy mity

O ile w przypadku Nowego Jorku słowa niemal pisały się same, tak tym razem długo zastanawiałam się, jak rozprawić się z niektórymi mitami, aby odbyło się to bez szkody dla tych, które okazały się prawdą. Archipelag Hawajów jest oddalony od stałego lądu bardziej niż jakakolwiek inna wyspa na Ziemi. Ze wschodniego wybrzeża USA wciąż leci się tu dłużej niż z Europy do Nowego Jorku. Dlatego też przez lata Hawaje wręcz obrosły legendą, stając się synonimem raju, a na weryfikację tych często przesłodzonych przekazów mogli sobie pozwolić tylko ci, którzy mieszkali najbliżej, czyli Amerykanie i ewentualnie Japończycy, choć i dla wielu z nich takie wakacje to wyprawa życia.

Archipelag liczy 137 wysp, z czego na 8 największych można łatwo dotrzeć. Nam udało się odwiedzić trzy najpopularniejsze: Oahu, Maui i Big Island. Następna w kolejności byłaby zapewne Kauai, która z tego co czytałam, jest bardziej dzika i zielona. Szczyt sezonu przypada na okres zimowy, kiedy to panują najlepsze warunku do uprawiania surfingu. Nie wiem, na ile pora roku wpływa na tutejszą faunę i florę, natomiast moje wrażenia opieram na wizycie, która miała miejsce w lipcu.


poniedziałek, 2 marca 2015

Islandia: kraina lodu i ognia



Trudno o lepsze podsumowanie Islandii w trzech słowach niż jej popularne określenie: „kraina lodu i ognia” – tutejszy krajobraz faktycznie jest w 100% ukształtowany przez lodowce i wulkany. Co więcej, w Islandii wiele rzeczy potrafi zaskoczyć, zresztą bardzo pozytywnie. Kraj ten geograficznie jest bardzo od Europy oddalony i zalicza się go do Starego Kontynentu jedynie przez wzgląd na łączniki kulturowe.  

Zacznijmy od mocnego uderzenia: Islandczycy wierzą w trolle i elfy. Nie ograniczają się jednak do przekazywania młodszym pokoleniom opowieści i legend, lecz postępują tak, jakby faktycznie żyli na jednym świecie z różnymi niecodziennymi istotami. To nie żart, że przed kilkoma laty zmodyfikowano plany budowy drogi, aby ominąć wioskę elfów. W sumie i ja zaczęłam wierzyć w trolle po tym, jak zginęło mi w dziwny sposób kilka rzeczy (trolle znane są z tego, że lubią podkradać różne rzeczy).

Niektórych jeszcze bardziej zdziwi fakt, że Islandia nie ma swojego wojska, a tutejsza policja nie nosi (i nawet nie chce nosić) broni. Kilka lat temu pierwszy raz trafił się szaleniec, który strzelał do przechodniów z okna – kiedy policja otworzyła do niego ogień, potem publicznie za to przepraszała. Jest to więc jeden z najbezpieczniejszych krajów świata. Ludzie są szczęśliwi, kierowcy przepuszczają pieszych, przypadki alkoholizmu leczy się przymusowo i nikt nie obawia się zostawić na noc przed domem nieprzypięty rower. Co ciekawe, skazani na karę więzienia są wpisywani na specjalną listę kolejkową, gdyż w całym raju są tylko trzy zakłady.  


Ponieważ historia Islandii wyznaczana jest przez erupcje wulkanów (jedna z nich była przyczyną wybuchu rewolucji francuskiej!) i trzęsienia ziemi, nie ma na wyspie dużo drzew i już dwa rosnące obok siebie nazywane są lasem. Natomiast gdy wybucha wulkan, Islandczycy wcale nie wpadają w panikę, lecz łapią za aparaty i podążają w stronę krateru, by zrobić jak najlepsze zdjęcia erupcji. Woda z kranu, ogrzewana przez gorące źródła, pachnie siarką. Zimna za to nadaje się do bezpośredniego spożycia. 

środa, 28 stycznia 2015

Hahnenkammrennen

Co roku zimą publikuję jakiś narciarski wpis – tym razem zapraszam na chwilę na górę Hahnekamm (Koguci grzebień) w austriackim Kitzbühel, gdzie w ubiegły weekend odbyła się kolejna edycja najsłynniejszej odsłony Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim. 


Kto był w na skokach w Zakopanem w czasach największej Małyszomanii, ten bez trudu wyobrazi sobie, czym dla Austriaków jest zjazd w Kitz. W dniu zawodów ściągają tu rzesze kibiców, którzy ustawiają się tłumnie wzdłuż całej trasy i na trybunach na dole. Wśród nich nie brakuje lokalnych i zagranicznych celebrytów.
Zawodnicy* ścigają się tu od 1931 roku, natomiast w 1967 roku rozgrywane w Kitzbühel konkrecje włączono do cyklu Pucharu Świata. Tradycyjnie, w drugiej połowie stycznia od piątku do niedzieli co roku odbywa się kilka konkurencji: bieg zjazdowy, supergigant, slalom specjalny i superkombinacja (do niedawna kombinacja). Areną pierwszej z nich jest słynna i jedna z najbardziej wymagających tras, Streif.
Długość trasy wynosi 3312 m., a najbardziej stromy odcinek ma aż 85% nachylenia. Każdy zakręt czy trawers takiej areny pucharowych zmagań ma swoją nazwę. Na Streifie najbardziej spektakularny kawałek nosi nazwę Mausefalle (Pułapka na myszy) - nadjeżdżający z prędkością prawie 140 km/h narciarze wykonują tu skoki na odległość 80 metrów!
Choć nie jest to dyscyplina, którą ogląda się dobrze na żywo (jeżeli stoisz na mecie, zobaczysz tylko finiszującego zawodnika), telewizja nie daje ani trochę wyobrażenia, jak to naprawdę wygląda. Chociaż raz trzeba zobaczyć taki zjazd na żywo, tym bardziej, że w tej konkurencji jeszcze długo nie doczekamy się w Polsce zawodów tej rangi.

* Tylko mężczyźni. Kobiety ścigały się w Kitz w latach 1931-1961.  




środa, 19 listopada 2014

Shaolin

Poszukiwania autentycznych Chin, kiedy miałam do dyspozycji dwa dni, a moją bazą wypadową był Szanghaj, przywiodły mnie do Klasztoru Shaolin. Od razu wiedziałam, że to jedno z tych miejsc w Chinach, które muszę zobaczyć. Na Wielki Mur Chiński łatwiej będzie w przyszłości wrócić, a żeby dotrzeć nad rzekę Li, potrzeba było więcej czasu i większej responsywności ze strony obsługi klienta w lokalnych tanich liniach lotniczych.

Klasztor Shaolin wydał mi się idealnym celem samotnej podróży, takiej z gatunku „szukam odpowiedzi na pytanie, co zrobić ze swoim życiem?”. To nie tylko kolebka kung fu, którego nauki w sumie nie miałam nigdy w planach, ale również techniki medytacji, którą miałam okazję poznać w Austrii. Wśród tłumów chińskich wycieczek odpowiedzi na moje pytanie nie znalazłam, ale na pewno czuć w tym miejscu jakąś wyjątkową aurę.

Klasztor Shaolin leży w Dengfeng, dwie godziny jazdy autobusem na zachód od Zhengzhou, w prowincji Henan. Cała tzw. scenic area, objęta płatnym wstępem, składa się z właściwej świątyni, Lasu Pagód, czyli cmentarza, na którym chowano wybitnych mnichów, centrum treningowego – areny komercyjnych lecz imponujących pokazów, kilku mniejszych świątyń w górach, do których można się wspiąć lub dojechać kolejką linową i centrum turystycznego, czyli uliczki z kilkoma hostelami i sklepikami. Od rana pełno tu zwiedzających, głównie chińskich, więc podobnie jak w całym kraju, ciężko jest dogadać się w innym niż chiński języku. Nie jest łatwo nieznającym go turystom, którzy podróżują w pojedynkę.

Choć początki Klasztoru datowane są na V wiek, a już od XVI wieku był on przedmiotem badań i opracowań monograficznych, sławę w świecie zyskał dzięki superprodukcji „KlasztorShaolin” z 1982 roku. Stał się wówczas celem wycieczek, a na całym świecie powstały oficjalne filie, w których naucza się kung fu. Pierwotnie wzgórza otaczające dzisiejszy klasztorny teren były świętym miejscem dla hinduistów. Mnichom buddyjskim, którzy tu potem osiedli, w okresie dynastii Ming powierzono zadanie stworzenia milicji w służbie cesarstwa. Zawdzięczali to biegłości w sztukach walki: najpierw w walce kijami, potem w walce wręcz. Do dziś są mistrzami we wszystkich wykształconych na przestrzeni wieków stylach. Badacze dziwią się, dlaczego jako wyznawcy buddyzmu, mnisi nie stronili od przemocy a co więcej, spożywali mięso. Tłumaczy się to dziś na kilka sposobów, przede wszystkim cesarskim dekretem uchylającym ten zakaz. Mnisi traktowali treningi również jako formę ćwiczenia duchowego. Mało kto może dorównać im zwinnością. Z czasem do kanonu sztuk walki włączono również stosowaną przez nich technikę medytacji polegającą na skupieniu wewnętrznej siły qi w danej części ciała, co podnosi odporność na zewnętrzne bodźce. Nie wiedzieć czemu, w polskiej literaturze ciężko jest znaleźć cokolwiek na ten temat*, podczas gdy na przykład w Austrii i Niemczech poświęcone są medytacji Shaolin całe kursy. 

Można dziś wyróżnić kilka kategorii mnichów. Są tacy, którzy nie mają kontaktu z turystami i przestrzegają wszystkich zasad łącznie z wegetarianizmem. Najniżej w hierarchii stoją ci, których głównym zadaniem jest udział w pokazach dla zwiedzających. W Shaolin tajniki kung fu zagłębiają już sześcioletnie dzieciaki - zarówno chłopcy, jak i dziewczynki. Po ukończeniu szkolenia mają kilka możliwości. Niektórzy adepci zostają mnichami w Klasztorze, inni wyruszają w świat by nauczać kung fu, jeszcze inni stawiają na karierę aktorską lub sportową. Na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie kung fu było dyscypliną pokazową, a dyplom Shaolin otwiera drogę do narodowej reprezentacji. W samym Dengfeng działa wiele szkół, które próbują zarobić na sławie Shaolinu, jednak najbardziej autentyczne przeżycia gwarantuje zamieszkanie na terenie Klasztoru, gdzie można poobserwować ćwiczące dzieci i osobiście wziąć udział w kilku treningach. Warto więc zostać tu na kilka dni, wyciszyć się i bez pośpiechu korzystać z duchowych uroków tego miejsca.


*zainteresowanym tym tematem polecam opracowanie M. Shahar, „Klasztor Shaolin.  Hitoria, religia i chińskie sztuki walki”, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Karków 2011.

niedziela, 19 stycznia 2014

Narty w Norwegii (informacja prasowa)

Jestem wielką fanką nart, gór, zimy, Skandynawii i magazynu "Zew Północy", dlatego postanowiłam zrobić wyjątek dla poniższej informacji prasowej i opublikować ją w całości na Blogu. Zawiera ona szereg ciekawych informacji - zachęcam do przeczytania :-)
fot. Visit Telemark

wtorek, 10 grudnia 2013

Narty po amerykańsku

O ile nie jest się zawodnikiem i nie poszukuje się latem zimy, ciężko jest uzasadnić kilkunastogodzinny lot na narty na inny kontynent, skoro o kilka godzin jazdy samochodem (no dobrze, z Warszawy kilkanaście) oddalone są Alpy i Dolomity. Lepszych warunków do uprawiania tego sportu nie można sobie wymarzyć. A jednak będąc w Stanach, nie mogliśmy nie wypróbować stoków w Kolorado. Jak się okazało, niemal wszystko jest tam inne niż w Europie…

Trzy lata temu miałam okazję odwiedzić Beaver Creek, jeden z ważniejszych amerykańskich kurortów zimowych, ze względu na organizowane tam co roku zawody alpejskiego Pucharu Świata (odbyły się właśnie w ubiegły weekend, a za rok Beaver Creek będzie gościć Mistrzostwa Świata). Znaczna część przyjeżdżających tu turystów przylatuje najpierw do pobliskiego Vail. Dwie godziny jazdy stąd oddalone jest natomiast słynne Aspen.

Brak długiej tradycji narciarskiej w Stanach odzwierciedlony jest w architekturze i klimacie tutejszych górskich miasteczek. Beaver Creek samo w sobie jest dość specyficzne: żeby tu wjechać, trzeba zapłacić (chyba że się tu mieszka). Wśród niezbyt rozległej zabudowy dominują całkiem nowe apartamentowce, które z zewnątrz naśladują styl tyrolski, natomiast w środku urządzone są typowo po amerykańsku (czyli dużo miejsca zwłaszcza w kuchni, kominek, wykładzina). Wiele takich apartamentów należy do Anglików, którzy i tak muszą wsiąść w samolot, by zrobić użytek z nart. W centrum Beaver Creek dzieje się niewiele: jest główny plac, jedna kawiarnia i dwie restauracje. Wydawać by się mogło, że po zmroku nie ma na Ziemi bardziej spokojnego miejsca niż austriackie wioski, tymczasem tu życie nocne to jeszcze bardziej obce wyrażenie.

Miasteczko położone jest na wysokości 2 500 m n.p.m., co sprawia, że nawet szybszy krok to odczuwalny wysiłek. Kroków nie trzeba jednak stawiać tak dużo, gdyż hotele oferują wszelkie niezbędne usługi – można na przykład wypożyczyć sprzęt. Część marek w wypożyczalniach brzmi jak najbardziej znajomo, ale brakuje produktów niektórych liderów europejskiego rynku. Trzeba niestety nastawić się na spory wydatek związany z karnetem.

Na stokach potwierdzenie znajduje teza, że odległości i przestrzeń mają w Stanach inny wymiar. Choć jest tu wysoko, góry wydają się raczej łagodne, ale też rozległe. Dlatego jeżeli nawet na trasach jest sporo ludzi, po prostu ich nie widać. Trasy są zaś szerokie i idealnie nachylone. Nie wiem, skąd dokładnie się to bierze, lecz nie ma tu w ogóle lodu,  a i śnieg  różni się od tego w Europie. Nie można Amerykanom odmówić dobrego przygotowania stoków: ratraki ruszają do pracy niczym kolumna czołgów na wojnę - każdorazowo jest uruchamianych co najmniej 10 pojazdów. To nie wystarczy jednak kiedy zacznie obficie sypać śnieg. Ze względu na rozległość stoków, ratrakowanie w takich warunkach nie ma sensu. Wtedy pozostaje jedynie cieszyć się jazdą w puchu.

Wydawać by się mogło, że tablica głosząca „Experts only beyond this point” ustawiona przez Amerykanów na pucharowej trasie to przesada. Tymczasem słynna Birds of Prey jest jedną z najtrudniejszych tras, po jakiej zjeżdżałam, a porównuję ją do czarnych tras w Austrii. Zobaczcie, jak sobie radzą z nią zawodowcy: 

Prób naśladownictwa europejskiego stylu nie widać w restauracjach na stokach. O ile z chęcią można zjeść w przerwie Gulaschsuppe i Apfelstrudel w Austrii czy spaghetii w Dolomitach, w Beaver Creek dostaniemy mało klimatycznego burgera. Jednak jest miła rzecz, z którą nie spotkałam się w Europie. Możliwe, że zależy to zależy od hotelu, ale powracających narciarzy częstowano ciasteczkami Oreo i gorącą czekoladą z marshmallows. Po ciężkim wysiłku taka dawka cukru jest wprost idealna. :-)

Przy okazji pobytu w Kolorado, chcieliśmy zaliczyć jakąś unikalną amerykańską atrakcję. Niestety, Wielki Kanion znajduje się 12 godzin jazdy na południe. O 10 godzin jazdy bliżej jest natomiast Colorado National Monument, nieduży i mało uczęszczany park narodowy, w którym może nie zobaczymy aż tak spektakularnych form, ale poczujemy przedsmak Wielkiego Kanionu. Był to pierwszy park narodowy w Stanach, jaki odwiedziłam i wywarł na mnie duże wrażenie.

Podsumowując, nawet jeżeli w jakimś aspekcie warunki narciarskie w Stanach są lepsze niż w Europie, przewaga ta nie jest na tyle znacząca, by opłacało się poświęcać tyle czasu i pieniędzy, by tu dotrzeć. Jednak jeżeli znajdziecie się zimą za Oceanem, warto skorzystać z takiej okazji, gdyż amerykańskie stoki powinny Was pozytywnie zaskoczyć. Pod wieloma względami jest tu inaczej niż w Europie, a takie narciarskie doświadczenie jest warte kilku wyjazdów do ośrodków, które już znamy.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Parki wodne – frajda dla małych i dużych



W dzieciństwie nie wyobrażałam sobie wakacji nad morzem bez wizyty w parku wodnym, jeżeli akurat był taki w pobliżu. Nawet teraz wspominam te wycieczki z lekką nostalgią i kiedy za oknem żar leje się z nieba, najchętniej od razu ustawiłabym się w kolejce na jedną z wodnych zjeżdżalni. Bo któż nie lubi parków wodnych – bawią się w nich zarówno dzieci, jak i dorośli, zjeżdżalnie są bowiem dostosowane do różnych grup wiekowych. To chyba jedno z nielicznych miejsc, w których przestają przeszkadzać zgraje rozkrzyczanych maluchów potykających się o nasze nogi czy konieczność stania w kolejce, by zjechać jeden raz. 

Przez ostatnich kilkanaście lat, bo z takiej perspektywy piszę, wiele się zmieniło, zapewne powstały nowe miejsca, o których nie wiem. Wówczas chorwackie parki miały jedną wspólną, negatywną właściwość: słona woda morska w basenach. Na Krymie natomiast wiele hoteli miało własne baseny i zjeżdżalnie – można powiedzieć, że było ich tyle, ile u nas galerii handlowych. Niestety nie mam ładnej, okrągłej liczby, np. 3 , 5 lub 10 - chciałabym przedstawić dwa miejsca szczególnie warte polecenia, które wciąż funkcjonują. 

Aqua Splash, Kreta (k. Hersonissos)
Pierwszy park wodny z prawdziwego zdarzenia w moim życiu, może dlatego właśnie najfajniejszy. Wówczas, był nowy, kolorowy, zadbany, z ładnym drink barem i pełen świeżo zasadzonej zieleni. W ofercie ma on zarówno łagodne zjeżdżalnie dla dzieci, jak i te dostarczające mocniejszych wrażeń. Z wielu z nich zjeżdża się na dmuchanych kołach, które są szybkie i zmniejszają ryzyko otarć, siniaków itd. Bezkonkurencyjną dla mnie zjeżdżalnią jest „Black hole” – z niej również zjeżdża się na takim kole, tyle że w środku jest całkiem ciemno. Widać jedynie światełka umieszczone co jakiś czas w poprzek na suficie, no i oczywiście czuć prędkość. ;)


Aquapark Dedeman, Turcja (k. Bodrum)
Ten park już wtedy był trochę starszy i bardziej zużyty, ale jego atut tkwi w położeniu: zajmuje on ogromny teren na zboczu, dzięki czemu ma naturalne warunki dla stromych, długich zjeżdżalni. Atrakcja raczej dla starszych, gdyż sporo z nich jest z ograniczeniem wiekowym - takich długich i wąskich, gdzie się w zasadzie się leci, a nie jedzie.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Gruzja: Kaukaz, wino... i Złote Runo


Niewiele jest  krajów o tak mocno zachwalanych krajobrazach, kuchni i ludziach - teoretycznie Gruzja mogłaby nie przeznaczać żadnych środków na promocję swojej turystyki. A jak wygląda rzeczywistość? 

Największą zaletą, a zarazem wadą tego kraju jest… słabo rozwinięta turystyka. Gruzja kusi nieskażoną przyrodą, pewnego rodzaju egzotyką oraz niskimi cenami, i to całkiem skutecznie, bowiem samoloty z Polski przylatują pełne spragnionych aktywnego wypoczynku trekkingowców udających się w góry Kaukazu. Z drugiej strony jednak ta egzotyka oznacza niestety biedę, zaniedbane domostwa, słabo rozwiniętą infrastrukturę czy też niebezpieczeństwo przeżycia niechcianej przygody na trasie: drogi oznaczone na mapie jako jedne z lepszych okazują się być górskimi, nieutwardzonymi ścieżynami, zaś znalezienie ładnej pocztówki, nie mówiąc już o jej wysłaniu, graniczy z cudem. W oczy rzuca się brak straganów z pamiątkami w najbardziej „turystycznych”  miejscach. 

Warto wybrać się w góry, śladem trekkingowców, choć wcale nie trzeba dźwigać plecaka i karimaty. W przeciwieństwie do interioru, gdzie łatwo jest napotkać widok zbliżony do polskiego krajobrazu, tu w niebo wzbijają się cztero- i pięciotysięczniki, ośnieżone przez cały rok. Są takie miejsca, do których cywilizacja nie zapukała jeszcze wraz ze swoimi najnowszymi wynalazkami. Gdzieniegdzie wciąż przechowuje się mięso według starej techniki: w górskim strumieniu lub też po zawinięciu w bydlęcą skórę i ugotowaniu - zakopane w ziemi na około rok.
Nie wszyscy wiedzą, że do Gruzji zawitali starożytni greccy herosi: Perseusz, za karę za kradzież ognia z Olimpu, został przykuty do skał Kaukazu. Gruzini twierdzą oczywiście, iż chodziło o górujący nad miastem Stepantsminda (Kazbegi) Kazbek. Ale to nie koniec: Jazon wędrował po Złote Runo do Kutaisi, starożytnej Kolchidy. Dziś nie ma tu jednak śladu po runie. W całym kraju smutne wrażenie robią opuszczone domy i budynki użyteczności publicznej. W Gori, dokąd nie tak dawno temu zawitała wojna (2008), ma to swoje uzasadnienie. Na ulicach widzi się wiele kobiet – wdów poubieranych na czarno. Prawdopodobnie właśnie ze względu na kryzys nie doświadczymy już słynnej gruzińskiej gościnności bez odrobiny szczęścia. Obcy ludzie nie są już tak często zapraszani na rodzinne uczty, lecz na przykład turyści nocujący w kwaterze prywatnej mogą zawsze liczyć na pomoc gospodyni i śniadanie przy obficie zastawionym lokalnymi produktami stole. Z ciekawą dysproporcją cenową spotkałam się właśnie w Gori: bilet wstępu do dość archaicznego Muzeum Stalina (które rzecz jasna zajmuje najbardziej reprezentacyjny budynek w mieście) kosztował pięć razy więcej niż do Uplistsikhe, nieopodal położonego starożytnego skalnego miasta.

Nie brakuje również miejsc pięknie odnowionych i świetnie utrzymanych: jednym z nich jest Batumi, słynny kurort nad Morzem Czarnym, który z daleka wygląda trochę jak Dubaj, z bliska przypomina Las Vegas, a takich uliczek i kawiarenek jak tu nie powstydziłby się Paryż. Na podkreślenie serdecznych stosunków gruzińsko-polskich, jedną z tutejszych ulic nazwano imieniem Lecha i Marii Kaczyńskich. Drugim takim miejscem jest położone na wzgórzu Sighnaghi, znaczący ośrodek produkcji gruzińskiego wina. Napijemy się go również w jednej z licznych winiarni w Tbilisi. Stołeczna starówka, jak i malownicze położenie miasta w połączeniu z udanymi nowoczesnymi akcentami architektonicznymi robią zawsze na przyjezdnych ogromne wrażenie. A jak nie wino, to… bardzo słodka lokalna lemoniada, albo słonawa woda mineralna Borjomi, jeden z głównych produktów eksportowych gruzińskiej branży spożywczej. Na miłośników mocniejszych trunków czeka czacza, 50-70% wódka z winogron.

Wbrew temu, co twierdzą przewodniki, w Gruzji ciężko jest się dogadać w innym języku obcym niż rosyjski, choć zwłaszcza po wydarzeniach z 2008 roku oba narody nie kryją wzajemnej niechęci (a przynajmniej świadczą o tym działania władz). Niezależnie od tego, Gruzini są fatalnymi kierowcami. Prezentują oni „azjatycki” styl jazdy, do którego trzeba się przyzwyczaić. Nikt też nie przejmuje się, zostawiając auto na ulicy, że inni mogą nie przejechać. Podobnie rzecz się ma z przechodzeniem przez ulicę – zmotoryzowani turyści powinni być bardzo ostrożni, gdyż w najmniej spodziewanym momencie można ujrzeć człowieka tuż przed maską samochodu. Policja ma więc ręce pełne roboty i faktycznie na drogach widzi się sporo radiowozów oraz… krów, które całymi stadami potrafią zalegać na jezdni, nie zważając na ruch uliczny.

Kuchnia
Po tuszy przeciętnego Gruzina można stwierdzić, że lokalna kuchnia jest albo taka pyszna, albo ciężkostrawna. Wśród charakterystycznych składników znajdują się orzechy włoskie, dodawane na przykład w postaci sosu do sałatki z pomidorów i ogórków, kolendra (dająca charakterystyczny i nielubiany przeze mnie posmak) oraz słone sery. Często można też spotkać lokalne zsiadłe mleko, maconi. Na uwagę zasługuje gruzińskie pieczywo, puri. Wrzecionowate szoti, okrągłe lawasze  czy też trójkątne mcchadi – wszystkie są wypiekane pradawną techniką w glinianych piecach lub patelniach i smakują wyśmienicie.

Kulinarną wizytówką Gruzji jest chaczapuri, okrągły placek z ciasta podobnego do pizzy, wypełniony (chaczapuri imeruli), polany (chaczapuri megruli) serem, jakiem sadzonym i masłem (chaczapuri adżaruli) lub fasolą (lobiani). Fasola pojawia się zresztą jeszcze w innym popularnym daniu, lobio. Kolejnym charakterystycznym daniem są chinkali, pierogi w kształcie sakiewek, które Gruzini jedzą palcami, trzymając za dziubek, gdzie łączy się ciasto. Chinkali występują najczęściej w odmianie mięsnej, grzybowej, serowej lub ziemniaczanej. 

W kuchni gruzińskiej nie brakuje mięsa: drobiu, wieprzowiny, wołowiny czy baraniny. Kurczak jest podawany chociażby w sosie jeżynowym czy też jako potrawka duszona w sosie mleczno-czosnkowym (czmeruli). Lokalny mięsny szaszłyk to mcwadi, który po zawinięciu w kukurydziany placek, staje się już gruzińskim kebabem. W karcie można też znaleźć gołąbki z baraniny zawinięte w liście winogron (dolma), smażony ser sulguni, paprykę i bakłażan nadziewane pastą orzechową. Na straganach z owocami wiszą natomiast intrygujące sznurki podobne do świecy. Jest to oryginalny czurczhele, lokalny deser, nazywany „gruzińskim snickersem”. Orzechy, po nawleczeniu na sznurek, zanurza się w gęstym owocowym kisielu, który następnie zastyga, tworząc powłokę. 

Przeczytaj również na polska-gotuje.pl

sobota, 16 lutego 2013

Zima w mieście


Zaskoczyło mnie to, co zastałam ostatnio w Powsinie/Lesie Kabackim. Ścieżki, choć jest ich dużo - pełne były ludzi:  spacerujących z psem lub kijami, biegających samotnie lub w parach, ciągnących sanki z dziećmi, jeżdżących na rowerze lub biegających na nartach.
Zwłaszcza ta ostatnia dyscyplina to znakomity przykład, jak sukcesy polskiego sportowca przełożyły się na popularność dyscypliny wśród „zwykłych” ludzi. O ile skoki narciarskie są zbyt ekstremalne tak na co dzień, o ile nie mamy w Polsce torów do formuły 1, a w garażach bolidów i o ile tenis – uprawiany regularnie -  wciąż jest dość kosztowną dyscypliną, tak bieganie na nartach wydaje się być rozwiązaniem, jakiego wielu ludzi potrzebuje. Wystarczy wypożyczyć sprzęt lub zainwestować na początku w swój własny i poczekać na odpowiednie warunki pogodowe. Nie płaci się za wstęp na trasę, ani też nie trzeba wyjeżdżać w Alpy, gdyż wystarczą zwyczajne miejskie tereny. 

wtorek, 13 listopada 2012

Serfaus – Fiss – Ladis. Narciarski raj na ziemi.



Zima wpadła nas tylko na chwilę. Sypnęło śniegiem, ale stopił się on równie szybko jak spadł.  Nie ma już po nim najmniejszego śladu, a według prognoz na kolejny atak mrozu trochę jeszcze poczekamy. Tym niemniej, sezon narciarski oficjalnie się rozpoczął, a przynajmniej w krajach alpejskich, w których zawodnicy rywalizują już na pucharowych trasach. Przyszła więc pora na kolejną recenzję stoku. 

Marzec jest okresem, w którym chyba najchętniej wyjeżdżamy na narty: to wtedy przywozi się z gór opaleniznę, która mogłaby wskazywać co najmniej na pobyt w ciepłych krajach. Sama doceniam uroki białego szaleństwa w marcu. Z drugiej strony jednak przekonałam się również do podbijania stoków tuż po rozpoczęciu sezonu, czyli w listopadzie, grudniu i pierwszych dniach stycznia. Co prawda dzień jest wtedy krótki, nie wszystkie trasy są otwarte i ciężko jest trafić na ładną pogodę, ale z drugiej strony stoki świecą jeszcze pustkami, więc na 99% nie wpadniemy na żadną początkującą grupę, która „niechcący” zjechała na czarną trasę. 

Miejscem, które wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie i w którym miałam okazję pojeździć właśnie w takim niszowym okresie to Serfauss – Fiss – Ladis. Ośrodek oddalony jest o niespełna 100 km i ponad godzinę jazdy samochodem od Innsbrucka. Stąd już blisko do Szwajcarii i Włoch. Region ten rozciąga się między 1200 a 2820 m n.p.m. Za sprawą podziemnej kolejki łączącej trzy niegdyś niezależne ośrodki, jest to jeden z najbardziej rozległych obszarów narciarskich w Tyrolu, a nawet w całej Austrii. Zaskakuje jego niezwykle rozbudowana oferta: nawet patrząc na mapę ciężko jest zliczyć wszystkie trasy. A tych jest 212 km (o różnym poziomie trudności, z przewagą tras czerwonych), z czego 155 km to trasy sztucznie naśnieżane. W sezonie pracuje aż 70 kolejek i wyciągów. 

Serfaus - Fiss - Ladis od lat wychodzi naprzeciw potrzebom rodzin z małymi dziećmi, na które czekają tu szkółki z wielojęzycznymi instruktorami, place zabaw, specjalne tereny narciarskie dla maluchów i ścieżki dydaktyczne. Oprócz tras narciarskich, do dyspozycji jest niemal 120 km tras biegowych, 10 km torów saneczkowych, funparki, pomiary prędkości, muldy, trasy carvingowe, platformy widokowe, ponad 25 restauracji i barów i wiele wiele innych atrakcji. 

Jeżeli planujecie narty w Austrii ceny karnetów znajdziecie tutaj, natomiast mapę tras tutaj.