Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 grudnia 2015

Pogromcy Meatów

Plac na Rozdrożu jakoś zawsze był mi po drodze. I choć przecinają się tu ważne warszawskie arterie, a dookoła nie brak często odwiedzanych zabytków, z niezrozumiałych przyczyn był on poniekąd pustynią kulinarną. Żeby móc wybierać w restauracjach, trzeba było odbić w kierunku ulicy Mokotowskiej, albo zejść w stronę Solca. Wygląda jednak na to, że ta sytuacja na szczęście ulega zmianie za sprawą Pogromców Meatów, którzy otworzyli się przy Kredytowej 1.


Pogromcy Meatów specjalizują się w kanapkach i sałatkach których podstawowym składnikiem jest mięso – takie z najwyższej półki. Wystrój tej restauracji jest więc w dużej mierze zdefiniowany przez jej charakter: goście, których nigdy nie brakuje, mają do dyspozycji ledwie kilka miejsc siedzących i wydaje się, że więcej do szczęścia nie potrzeba. Z tego względu łatwo jest Pogromców przegapić, chociaż ten kameralny lokal już od otwarcia cieszy się na mieście dobrą sławą.

W przeciwieństwie do typowych barów z burgerami, zjemy tu dania z mięsem pod bardziej wyszukaną postacią. W karcie jest m.in. kanapka z chipsami ze skóry kaczki czy z ozorem. Pieczywo, które jest słabą stroną wielu burgerowni, tutaj sprawia że nie jestem w stanie zrezygnować z kanapki na rzecz sałatki, choć i ją chętnie bym spróbowała. Może uda się następnym razem, który z pewnością nastąpi niedługo? :-) Wypiekane na miejscu bułeczki o wyraźnym słodkawym posmaku wyjątkowo dobrze komponują się z pozostałymi składnikami kanapek. Pachną wprost obłędnie, kiedy najpierw tak sobie wyrastają na oczach gości, a potem rumienią się w piecu.

Poliki wołowe, choć to wyborne mięso, nie są najpowszechniejszym daniem w warszawskich lokalach. To tu spróbowałam ich po raz pierwszy, w kanapce z młodą grillowaną marchewką i siewkami rokitnik. Nie zawiodłam się: mięsa było bardzo dużo, było ono delikatne i podane z wyśmienitym sosem. Podobne wrażenie wywarła na mnie kanapka z żebrem.

Jestem przekonana, że będę wpadać do Pogromców częściej - czy to by wypróbować nowe kompozycje smakowe, na które niecierpliwie czekam, czy też kiedy po prostu najdzie mnie ochota na kawałek dobrego mięsa. Mam nadzieję, że restauracja zostanie tu na dłużej, a wiele pozwala sądzić, ze tak właśnie będzie.


Adres: ul. Kredytowa 1, Warszawa

środa, 13 maja 2015

Momencik przy Poznańskiej

Po raz pierwszy z ideą weganizmu zetknęłam się kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych. Istniały tam już wówczas liczne restauracje wegańskie, a z ogólnodostępnych składników można było wyczarować takie cuda jak ciasto czekoladowe bez jajek. Tymczasem w Polsce mało kto pozwalał sobie jeszcze na rezygnację z samego mięsa. Dziś weganie mają tu coraz lepiej – do wegańskich burgerowni non stop ustawiają się długie kolejki, a zdobycie coraz bardziej egzotycznych składników przestaje być wyzwaniem.


Poznańska już od jakiegoś czasu stanowi małe restauracyjne zagłębie. Teraz można powiedzieć, że staje się powoli rajem dla wegan. Zjemy tu bowiem hummusy (z założenia wegańskie), wegańską pizzę i od niedawna również wegańskie burritos.

Kiedy zostałam zaproszona przez właścicieli niewielkiej restauracji „Momencik”, nie byłam pewna, czego się spodziewać. Nigdy nawet nie rozważałam wykluczenia mięsa z codziennego jadłospisu (co dopiero jaj, nabiału itd.!), ale zawsze lubiłam wykorzystywane w wegańskiej kuchni składniki i zwłaszcza latem mogły one mi z powodzeniem mięso zastąpić.

„Momencik” to koncept przywieziony ze słonecznej Hiszpanii, bowiem stamtąd pochodzą właściciel i szef kuchni. Restauracja jest niewielka, ale urządzona w jasnych barwach i wystarczająco widoczna z ulicy. Choć to długi weekend i ledwie po południu, w środku siedzą goście.

W karcie znajduje się 6 rodzajów burritos (z warzywami, soją, tofu lub seitanem), podawanych na zimno lub ciepło, w zależności od nadzienia. Ceny wahają się między 12 a 16 zł. Zdecydowaną zaletą restauracji jest stosunek ilości i jakości do ceny –w dość konkurencyjnej cenie gość otrzymuje całkiem pokaźną porcję. My decydujemy się na burrito orientale (marynowane przez kilka dni tofu, ryż, sałata, sos). Jestem bardzo pozytywie zaskoczona i nie przeszkadza mi brak mięsa. W smaku danie jest może niezbyt ostre, ale smaczne. Po zjedzeniu mojej połowy porcji czuję się najedzona, ale jednocześnie wciąż lekko.


W menu znajdziemy również zupę (w zależności od dnia: gazpacho, zupa z pora i alg konbu i inne), sałaty, nachos, trzy rodzaje ciast. Zupa jest smaczna i dobrze doprawiona. Lemoniada z esencją imbiru (ta pozycja również będzie zmieniana) orzeźwia, syci i… trochę piecze J.


Podczas tej wizyty po raz pierwszy spotkałam się z takimi nazwami jak seitan czy algi konbu, ale było to na tyle pozytywne doświadczenie, że chętnie wypróbuję nowe kompozycje, które mają się w przyszłości pojawić. Widać, że "Momencik" jeszcze się rozwija, ale na pewno ma duże szanse na zdobycie grupy stałych klientów. Wegan i wegetarian wciąż u nas przybywa, a tego typu restauracji jest jeszcze niewiele.

Adres: ul. Poznańska 16, Warszawa

niedziela, 13 kwietnia 2014

Warsaw’s multitap bars

Po burger barach, kawiarniach z bubble tea i stoiskach z mrożonymi jogurtami, na warszawski rynek gastronomiczny wkroczyły multitap bary. O ile ciężko mi zrozumieć te dwa pierwsze trendy - a przynajmniej skalę zjawiska - tak ten ostatni przyjmuję ze sporym zadowoleniem. Nowe lokale wciąż powstają, lecz nie w aż tak szybkim tempie, by cierpiała na tym popularność poszczególnych pubów. 

Brakuje mi w Polsce kultury picia alkoholi. W Tbilisi są winiarnie, w których można usiąść i napić się wina. W Alzacji można spróbować kilku gatunków w specjalnych małych kieliszkach zanim kupi się to najlepsze. W Belgii natomiast do rangi wytwornego trunku urasta piwo, kojarzone u nas raczej z puszką, kanapą i golonką. Tam podawane jest w kieliszkach, w których nabiera zupełnie innego smaku. Belgijskie piwo należy do moich ulubionych ze względu na różnorodność gatunków i bogactwo smaków (nawet te kilkunastoprocentowe charakteryzują się owocową nutą).

Multitap bars to idealne miejsce na spotkanie w gronie znajomych w letni wieczór – możecie tu spróbować co najmniej kilkunastu gatunków piw z kija i kilkudziesięciu butelkowanych, w nieco innej scenerii niż przy drewnianej ławie, z plastikowego kubka, jak to się do tej pory robiło. Fajnie więc, że zaczęły powstawać i w Warszawie. Jednymi z pierwszych były Kufle i Kapsle, w których nie udało mi się jeszcze zawitać na dłużej, gdyż za każdym razem w tym niewielkim pubie brakowało wolnych stolików. Równie modne są Cuda na Kiju, otwarte w miejscu, gdzie wcześniej znajdowała się kawiarnia Moments Tasty Life. Po tej stronie Alei Jerozolimskich wciąż niewiele się dzieje, ale każdy lokal pod tym adresem ma u mnie spory plus za samą lokalizację – przeszklone ściany tworzą wyjątkowy klimat, o ile oczywiście nie siedzi się w piwnicy. Oprócz piwa, można tu zjeść pizzę z ciekawie skomponowanymi dodatkami.

Przy ulicy Parkingowej, niespodziewanym nowym zagłębiu knajpek, otworzył się w zeszłym roku Piw Paw. W ofercie degustacja piw, coś na ząb i wieczny radosny gwar. Belgijskiego piwa z kija napijecie się również w Chmiel Cafe, która stawia na oryginalne połączenie, bowiem jej drugim filarem są włoskie lody i wypieki. 

I wreszcie, Delirium. Najsłynniejszy lokal w Brukseli przyciąga piwoszy z całego świata. W ofercie tego pubu znajduje się ponad 2 tysiące różnych piw z 60 krajów, co jest oficjalnym rekordem zapisanym w Księdze Guinnesa. Lokal mieści się w jednej z piwnic na starówce, a za stoły służą tu olbrzymie beczki. Największą popularnością cieszy się piwo podawane w wielkich kilkulitrowych kuflach. Wieczorami można posłuchać muzyki na żywo. Filie powstały nawet w Brazylii i Japonii, a niedawno również w Warszawie, na Nowym Mieście, gdzie dotąd bywałam dość rzadko i mam nadzieję bywać teraz częściej. Lokal nie jest duży, może nie ma tu jeszcze wielkomiejskiej atmosfery, ale jest za to pyszny kriek z kija.

niedziela, 9 lutego 2014

Czy wiesz, że… Warszawska syrenka Picassa

Jedna z bardziej niezwykłych historii związanych z Warszawą miała miejsce w 1948 roku podczas wizyty Pablo Picasso, który przyjechał na Kongres Intelektualistów do Wrocławia. Początkowo miał w Polsce zabawić trzy dni, jednak pobyt przeciągnął się do dwóch tygodni, w trakcie których artysta odwiedził Kraków, Oświęcim i Warszawę…


W tamtych czasach Warszawa wciąż podnosiła się z wojennych zniszczeń, a na Kole powstawało nowoczesne osiedle, do budowy którego posłużyły gruzy zrównanej z ziemią stolicy. Zaprojektowało je małżeństwo Syrkusów, prywatnie przyjaciele Picassa. 3 września zaprosili go na wycieczkę – artysta zachwycił się przede wszystkim funkcjonalnością osiedla. Wówczas doszło do symbolicznego zdarzenia: Picasso spontanicznie namalował węglem na jednej ze ścian postać syrenki o wymiarach mniej więcej 1,8x1,7 m, trzymającej młotek zamiast miecza.

Źródła podają dziś kilka adresów: Deotymy 4/28, Deotymy 48/28 lub Ks. J. Sitnika 4. Wiadomo na pewno, że do wówczas pustego jeszcze jednopokojowego mieszkania z kuchnią i wnęką sypialną wprowadziła się niebawem pani Franciszka Sawicka-Prószyńska z mężem. Choć zgodnie z nakazem spółdzielni, miała chronić dzieło przed zniszczeniem i udostępniać je zwiedzającym (najprościej mówiąc: otrzymała z przydziału mieszkanie-muzeum), losy tej nietypowej pamiątki potoczyły się niestety inaczej. Przez kilka lat do mieszkania pani Franciszki przybywali licznie niezapowiedziani goście: krajowe delegacje z Bolesławem Bierutem na czele, zagraniczni turyści a nawet wycieczki szkolne. Lokatorzy prowadzili przez ten czas księgę gości, lecz kiedy ich wytrzymałość dobiegła kresu, zasłonili syrenę kotarą, aż wreszcie administracja zezwoliła w 1953 roku na jej zamalowanie.

Straciliśmy tym samym jedno z bardziej unikalnych dzieł, choć nie jesteśmy w tym gronie odosobnieni  - podobny los spotkał naścienny rysunek Picassa w Hiszpanii. Przetrwała za to inna syrenka, o wiele mniejsza, namalowana przez słynnego artystę w rodzinnym albumie ówczesnego prezydenta Warszawy, Stanisława Tołwińskiego, na prośbę jego żony. Dziwi mnie jednak fakt, iż cała ta historia nie jest wykorzystywana marketingowo. Kto by nie chciał na pamiątkę kubka czy koszulki z taką syrenką?

sobota, 5 października 2013

Praga warszawska (Podejście trzecie)



Czasami wystarczy wysiąść kilka przystanków dalej, by znaleźć się w zupełnie innym świecie. Plan dotarcia do najbardziej charakterystycznych miejsc na warszawskiej Pradze powstał już rok temu, ale dopiero niedawno udało mi się go zrealizować. Mimo, że te miejsca to prawdziwe perełki, są one dobrze ukryte przed przypadkowym przechodniem. Poza tym, nawet gdyby uznać wszystkie kryminalne historie na temat tej dzielnicy jedynie za legendę, nie wypuściłabym się tu sama po zmroku. Dlatego też czekałam na odpowiednią porę roku, dnia i towarzystwo nastawione równie entuzjastycznie jak ja. :-) O Pradze pisałam już kilka razy, ale nigdy w kontekście jej niesamowitej historii.

Obecny wygląd tej dzielnicy odnajduje uzasadnienie w historii – i to już tej odległej. W czasach, kiedy Praga nie należała jeszcze do Warszawy, bezpieczne schronienie odnajdywali tu przestępcy. Tutaj również pozwalano osiedlać się mniejszościom, którym nie przyznawano prawa do zamieszkiwania w centrum miasta. Kluczowe wydają się jednak wczesne lata powojenne: większość środków przeznaczonych za odbudowę miasta została zainwestowana w o wiele bardziej zniszczoną lewobrzeżną Warszawę – stąd też na Pradze do dziś można zaobserwować ślady po kulach w ścianach domów. W tutejszych kamienicach przymusowo kwaterowano ubogie rodziny robotnicze, do których z czasem dołączyli przyjezdni, którzy poszukiwali pracy w stolicy oraz imigranci. A przestępczość kwitła: przez wiele lat za jej kolebkę uchodził Bazar Różyckiego. Polityka zwalczania przestępczości ograniczała się zaś do tuszowania problemu – w ten sposób powstały najdłuższe warszawskie bloki mające zasłonić biedne dzielnicowe podwórka. Społeczeństwo pozostawiono więc samemu sobie, zamykając je w środowisku sprzyjającym rozwojowi przestępczości, której wysoki poziom jest wciąż na Pradze faktem. Nie przychodzi mi jednak do głowy bardziej autentyczny fragment Warszawy.

Praskie kapliczki
Wśród tematycznych wycieczek po Pradze dużą popularnością cieszą się spacery śladem kapliczek, których w tej części miasta jest w bród. Jedna z ciekawszych mieści się w podwórku przy Ząbkowskiej 12. Jej jaskrawoniebieski kolor przywodzi na myśl klimaty meksykańskie. Takie kapliczki tak naprawdę powstawały po obu stronach Wisły - większość z nich w czasach okupacji, kiedy częste aresztowania i godziny policyjne zmuszały ludzi do pozostania w domach. Dzięki takim przydomowym figurkom mogli oni modlić się bez wychodzenia da ulicę (do kościoła). Co ciekawe, część kapliczek przylegała do domów, których właścicielami byli Żydzi – w ten sposób zachęcali oni chrześcijan do wynajmowania u nich mieszkań. Ponieważ Praga uległa znacznie mniejszym zniszczeniom niż dzielnice lewobrzeżne, to tutaj uchowało się najwięcej kapliczek.

Praskie kamienice
Praga słynie z nieodrestaurowanych, niszczejących domów podziurawionych kulami, które jednak noszą wciąż ślady swojej dawnej świetności. Za jeden z najstarszych i najpiękniejszych uchodzi Dom pod Sowami, czyli Kamienica Massalskich przy ul. Okrzei 26. Wybudowana na początku XX wieku, nazwę zawdzięcza ustawionym na szczycie figurom sów z rozpostartymi skrzydłami, zdjętym w marcu 2007 r. Kamienicę czeka generalny remont, a zgodnie z planami inwestora, powstanie w niej  pub, restauracja, mieszkania i luksusowe apartamenty. 

Praskie klatki schodowe
Jak dla mnie, najbardziej fascynującą okazała się być wycieczka śladem klatek schodowych. Z zewnątrz przeciętne kamienice kryją w środku zaskakująco piękne skarby, o których można nie mieć pojęcia, choć przechodzi się obok! Najcenniejszą wśród tych perełek jest zdecydowanie klata schodowa w Kamienicy Galberga przy ul. Kłopotowskiego 38. Tutejsza fasada jest co prawda bogato zdobiona (przed wojną ornamentów było znacznie więcej), lecz obowiązkowo trzeba przynajmniej spróbować zajrzeć do środka. W tym celu należy pokonać oryginalne drzwi z secesyjnymi motywami, co nie powinno stanowić problemu. Miejsce jest popularne wśród takich alternatywnych wycieczek w przewodnikiem i fotografów ślubnych (na kolejnych drzwiach wisi informacja o konieczności uzyskania pozwolenia na fotografowanie). Zresztą mieszkańcy są przyzwyczajeni do wzmożonego ruchu turystycznego i zdarza się, że sami wpuszczają zwiedzających. W jaskrawozielonym przejściu skręcamy w lewo i…  

W innym stylu utrzymana jest klatka przy ulicy Targowej 84. Narożna kamienica na rogu ul. 11-go Listopada, również pochodząca z początku XX wieku, nie wyróżnia się z zewnątrz niczym specjalnym. Aby dostać się do osławionej klatki, obecnie należy przejść przez podwórko przy Targowej 80. Dekoracje zaczynają się w przejeździe bramnym i wskazują na śląskie pochodzenie architekta i właściciela nieruchomości, Adolfa Dybicza, który sprowadził do Warszawy tzw. śląski barok. Na klatce świetnie zachowały się polichromie, gipsowe sztukaterie, freski i marmurowe okładziny. Pięknie prezentują się  również masywne drzwi każdego z mieszkań. 

Praskie ulice
Kilka jest tu ulic o nie najlepszej sławie. Weźmy taką Brzeską, której poznawanie w moim przypadku ogranicza się do obserwacji zza okien samochodu. Tym razem dotarłyśmy na Stalową, która tego dnia o dziwo wydała się nagle naprawdę piękna, kolorowa, autentyczna i spokojna. Dobrym pretekstem, by tutaj zajrzeć jest rzadki, lecz wciąż spotykany tu przykład oryginalnego drewnianego budownictwa (ul. Środkowa) czy też fragmenty mykwy zachowanej w bramie kamienicy nr 40/42. 

Szynk Praski, Stalowa 37 Jeżeli jesteś na Pradze i chcesz zjeść w klimatycznym, ale niekoniecznie najmodniejszym miejscu, wpadnij do Szynku Praskiego. Restauracja serwuje tradycyjną polską, by nie powiedzieć praską kuchnię, jakiej nie dostaniemy nigdzie indziej. Wystrój przenosi gości kilkadziesiąt lat wstecz. W karcie znajdziemy dania i napoje typu: oranżada (taka jak za dawnych lat), kwas chlebowy, liczne piwa, flaki, nóżki, tatar, pierogi czy schabowy, ale pod bardziej sugestywnymi nazwami zaczerpniętymi z gwary warszawskiej. Jak zapewnia właściciel, wszystko jest robione na miejscu i dostępne w przystępnych cenach. Spodobało mi się menu w formie grubej tekturowej tabliczki oraz możliwość, by latem usiąść na zewnątrz. Duży plus za miłą obsługę. Szkoda, ze to tak daleko i każdą wyprawę trzeba długo planować...

niedziela, 15 września 2013

Czy wiesz, że… Wystawa Światowa a sprawa polska



Wieża Eiffla, Atomium – obie te słynne konstrukcje zostały wybudowane specjalnie na Wystawę Światową w Paryżu (1889) i Brukseli (1958). A jaki związek ma z tym wszystkim Polska?

Wystawa Światowa to najogólniej mówiąc cykliczna ekspozycja prezentująca dorobek kulturalny, naukowy i techniczny krajów i narodów świata. Może trwać od trzech tygodni nawet do sześciu miesięcy. Pierwsza tego typu impreza odbyła się w Londynie w 1751 roku, choć za początek całego cyklu uważa się tzw. Wielką Wystawę Światową, która miała miejsce w tym samym mieście, sto lat później. Odtąd wystawy organizowane były w miarę regularnie, zaś każde miasto-gospodarz starało się jak najlepiej przygotować do swojej roli i w jakiś sposób zadziwić świat. Erik Larson z kronikarską dokładnością opisuje w swojej książce „Diabeł w białym mieście” przygotowania i przebieg Wystawy Światowej w Chicago (1868). Na tę okazję wybudowano pierwszy na świecie diabelski młyn, który był wyższy od ówczesnego najwyższego drapacza chmur. Po Wystawie Światowej w Chicago pozostał jeden z pawilonów, w którym mieści się dziś Muzeum Nauki i Techniki.

W 1928 roku większość państw członkowskich Ligi Narodów ratyfikowało konwencję powołującą do życia Międzynarodowe Biuro Wystaw Światowych, które po dziś dzień koordynuje organizację imprezy. Tak, wystawy wciąż się odbywają, lecz od lat 60-tych zazwyczaj już pod lepiej nam znaną nazwą: „EXPO”.  Co ciekawe, kilka edycji odwołano. Wrocław ubiegał się o prawa do organizacji EXPO w 2010 i 2012 roku, jednak bez powodzenia.

Marzenia o organizacji Wystawy Światowej zrodziły się już w przedwojennej Polsce – w 1944 roku Wystawę miał gościć Park Skaryszewski. Autorem planu zagospodarowania terenu i rozmieszczenia pawilonów był architekt Juliusz Nagórski. Ten sam, który zaprojektował gmach hotelu Polonia Palace a także 200-metrowy wieżowiec, do złudzenia przypominający wybudowany po wojnie Pałac Kultury i Nauki. Szybko zdano sobie jednak sprawę, że wcielenie planu w życie nie będzie łatwe.  Zrezygnowano więc z ubiegania się o prawa do organizacji Wystawy Światowej na rzecz Wystawy Krajowej. Choć zmieniła się skala wydarzenia, projekty wciąż były odważne, gdyż zakładały m.in. budowę stadionu olimpijskiego… na Siekierkach. Uniemożliwił to jednak wybuch II wojny światowej, a dziś o tamtych pięknych planach przypominają jedynie międzynarodowe nazwy ulic na Saskiej Kępie, które miały przywitać gości Wystawy Światowej. 

sobota, 16 lutego 2013

Zima w mieście


Zaskoczyło mnie to, co zastałam ostatnio w Powsinie/Lesie Kabackim. Ścieżki, choć jest ich dużo - pełne były ludzi:  spacerujących z psem lub kijami, biegających samotnie lub w parach, ciągnących sanki z dziećmi, jeżdżących na rowerze lub biegających na nartach.
Zwłaszcza ta ostatnia dyscyplina to znakomity przykład, jak sukcesy polskiego sportowca przełożyły się na popularność dyscypliny wśród „zwykłych” ludzi. O ile skoki narciarskie są zbyt ekstremalne tak na co dzień, o ile nie mamy w Polsce torów do formuły 1, a w garażach bolidów i o ile tenis – uprawiany regularnie -  wciąż jest dość kosztowną dyscypliną, tak bieganie na nartach wydaje się być rozwiązaniem, jakiego wielu ludzi potrzebuje. Wystarczy wypożyczyć sprzęt lub zainwestować na początku w swój własny i poczekać na odpowiednie warunki pogodowe. Nie płaci się za wstęp na trasę, ani też nie trzeba wyjeżdżać w Alpy, gdyż wystarczą zwyczajne miejskie tereny. 

środa, 6 lutego 2013

Co kraj, to… pączek!



Często kończy się poparzeniami, tłustymi plamami na ubraniu i koniecznością wywietrzenia kuchni, a nawet całego domu. Chociaż może trochę przesadzam i nie wygląda to aż tak źle… Jednak mimo wszelkich zagrożeń, od kilku lat pączki na Tłusty Czwartek przyrządzam własnoręcznie w domu. Być może dlatego, że spędziłam już kilka Tłustych Czwartków za granicą, gdzie ze względu na brak tradycyjnych polskich pączków (z konfiturą różaną i polanych lukrem), trzeba było je samemu usmażyć. 

Pączki w Tłusty Czwartek to chyba jedna z naszych najgłębiej zakorzenionych tradycji kulinarnych – nie znam osoby, która tego dnia nie skusiłaby się choć na jednego pączka. I chociaż system reglamentacji żywności już dawno został wycofany, u Bliklego na Nowym Świecie co roku ustawiają się długie kolejki. Polskie pączki opisywane były już przez Mikołaja Reya. Tradycyjnie przyrządza się je z mąki pszennej i smaży w głębokim tłuszczu: oleju lub smalcu. Przeciętny Polak zjada w Tłusty Czwartek 2,5 pączka, zaś wszyscy Polacy - prawie 100 milionów.

Najlepsze pączki jadłam… w niewielkiej cukierni w Zakopanem (Cukiernia Magda,  Droga do Olczy 34). Jeżeli tam kiedyś przypadkiem traficie, gorąco polecam zarówno małe pączusie, jak i te duże w kształcie warkoczy. No i kremówki papieskie, ale to już osobna historia. W Warszawie natomiast (oprócz moich własnych, oczywiście ;)) najbardziej smakują mi małe pączki od Strzałkowskiego. Nie pogardzę również tymi klasycznymi od Bliklego, chociaż malkontenci narzekają, że nie są już one takie jak dawniej. Dużą sławą cieszy się okienko przy Chmielnej (Cukiernia Pawłowicz, ul. Chmielna 13) – pewnie ze względu na zapach, który kusi zawsze, gdy się tamtędy przechodzi. Tamtejsze pączki są smażone na miejscu i podawane jeszcze ciepłe, świeżutkie, ociekające lukrem. Do wyboru rozmaite nadzienia i posypki. Polecam zwłaszcza zimą. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie są to tradycyjne pączki: mają cieńszą, bardziej delikatną skórkę i przypominają trochę berlinery



Pączek jako taki nie jest bynajmniej polskim patentem. Mało tego, występuje praktycznie w każdym kraju świata. Różnice między poszczególnymi odmianami dotyczą przede wszystkim dodawanej mąki, sposobu i czasu smażenia oraz rodzaju nadzienia. Niekiedy odpowiedniki naszych pączków są w rzeczywistości całkiem inną potrawą, spożywaną na obiad w wersji wytrawnej, jednak ze względu na sposób przyrządzania można się doszukać pewnych analogii. O włoskich bomboloni, hiszpańskich churros, holenderskich oliebollen czy francuskich beignets przeczytacie tutaj. Niemieckie berlinery czy amerykańskie donuts (doughnuts) są puszyste i mięciutkie, lecz tradycjonaliści zarzucą im, że smakują „sztucznie” i że są gorsze od polskich pączków. I chociaż będąc w Austrii czy w Stanach, często dawałam się skusić na berlinera lub donuta, a dziś mi ich brakuje, to nie mogłam i nie mogę sobie wyobrazić,  by zastąpiły naszego pączka w Tłusty Czwartek.