Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Austria. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 stycznia 2015

Hahnenkammrennen

Co roku zimą publikuję jakiś narciarski wpis – tym razem zapraszam na chwilę na górę Hahnekamm (Koguci grzebień) w austriackim Kitzbühel, gdzie w ubiegły weekend odbyła się kolejna edycja najsłynniejszej odsłony Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim. 


Kto był w na skokach w Zakopanem w czasach największej Małyszomanii, ten bez trudu wyobrazi sobie, czym dla Austriaków jest zjazd w Kitz. W dniu zawodów ściągają tu rzesze kibiców, którzy ustawiają się tłumnie wzdłuż całej trasy i na trybunach na dole. Wśród nich nie brakuje lokalnych i zagranicznych celebrytów.
Zawodnicy* ścigają się tu od 1931 roku, natomiast w 1967 roku rozgrywane w Kitzbühel konkrecje włączono do cyklu Pucharu Świata. Tradycyjnie, w drugiej połowie stycznia od piątku do niedzieli co roku odbywa się kilka konkurencji: bieg zjazdowy, supergigant, slalom specjalny i superkombinacja (do niedawna kombinacja). Areną pierwszej z nich jest słynna i jedna z najbardziej wymagających tras, Streif.
Długość trasy wynosi 3312 m., a najbardziej stromy odcinek ma aż 85% nachylenia. Każdy zakręt czy trawers takiej areny pucharowych zmagań ma swoją nazwę. Na Streifie najbardziej spektakularny kawałek nosi nazwę Mausefalle (Pułapka na myszy) - nadjeżdżający z prędkością prawie 140 km/h narciarze wykonują tu skoki na odległość 80 metrów!
Choć nie jest to dyscyplina, którą ogląda się dobrze na żywo (jeżeli stoisz na mecie, zobaczysz tylko finiszującego zawodnika), telewizja nie daje ani trochę wyobrażenia, jak to naprawdę wygląda. Chociaż raz trzeba zobaczyć taki zjazd na żywo, tym bardziej, że w tej konkurencji jeszcze długo nie doczekamy się w Polsce zawodów tej rangi.

* Tylko mężczyźni. Kobiety ścigały się w Kitz w latach 1931-1961.  




środa, 27 marca 2013

Kuchnia austriacka od przystawki do deseru

Doświadczenia zebrane w trakcie półrocznego pobytu w Tyrolu oraz szeregu wyjazdów na narty utwierdziły mnie w przekonaniu, iż Austriacy, choć może nie mają najbardziej różnorodnej i wyszukanej kuchni, z całą pewnością są mistrzami w przyrządzaniu potraw ze składników takich jak ziemniaki, kapusta, jabłka czy morele. Należy również pamiętać, że miasta, w których niegdyś rezydowała rodzina cesarska (zwłaszcza Wiedeń) i obszary górskie to dwa zupełnie różne kulinarne światy. 

Wielu Polaków zna kuchnię austriacką z restauracji na stokach - serwowane tam dania, jak chociażby popularna Gulaschsuppe, są pożywne i rozgrzewające, a więc wprost idealne z punktu widzenia zmęczonego narciarza. Polecam jednak nieco mniej turystyczne, działające latem górskie schroniska, tzw. Hütten, w których zjemy smacznie i niedrogo. Dobrą alternatywą dla nielubiących wspinaczki będą lokalne festyny i jarmarki, jak te organizowane z okazji Oktoberfest, obchodzonego również w Tyrolu. We wszystkich regionach Austrii w grudniu można natomiast trafić na Christkindlmarkt.
Tam napijemy się aromatycznego Glühwein czy słodkiego Bratapfelpunsch, napoju alkoholowego z pieczonych jabłek. Jesienią zaś w restauracjach króluje Sturm, czyli wino na bardzo wczesnym etapie fermentacji.
Choć Austria nie słynie z wina w takim stopniu jak Chile, Francja czy Australia, jej mieszkańcy sami uważają się za naród winiarski i nie ma w tym przesady, gdyż nawet najtańsze wina z austriackich sklepów są bardzo dobre, zaś w Styrii (i nie tylko) na obiad serwowana jest… zupa winna. Wino często podaje się tu z tonikiem lub Sprite’m (tzw. Sauersüß) – obie pozycje z pewnością przypadną do gustu paniom. Nie wiedzieć czemu, Austriacy uwielbiają wszelkie napoje gazowane. Woda gazowana dodawana jest praktycznie wszędzie (w szczególności do soku jabłkowego), co łatwo jest ustalić na podstawie nazwy napoju: będzie się on nazywał gespritzt. Austria to również ojczyzna popularnego napoju energetycznego i oczywiście znakomitego piwa.

Kuchnia austriacka zawiera kilka charakterystycznych smaków, od których łatwo jest się uzależnić i za którymi potem się tęskni. Jeden z nich obecny jest w pieczywie: z jednej strony są wytrawne chleby z dodatkiem kminku, z drugiej zaś – pachnące drożdżowe bułeczki z makiem, orzechami lub cynamonem. Nie można przejść obojętnie obok witryny tutejszej piekarni, Bäckerei.
Wymieniłam na wstępie cztery filary austriackiej kuchni. Narodowym owocem są tutaj jabłka. Podobnie jak w Polsce, występuje wiele ich gatunków, lecz Austriacy nauczyli się wykorzystywać je w bardziej różnorodny sposób. Padło już kilka nazw potraw z jabłkami, lecz tą koronną jest Apfelstrudel, odpowiednik naszej szarlotki, na cieniutkim cieście (podobnym do francuskiego), podawany z sosem waniliowym lub bitą śmietaną i lodami. Mus z jabłek (lub śliwek) dostaniemy także gdy zamówimy Kaiserschmarrn, słodkie danie z ciasta naleśnikowego, posypane rodzynkami i cukrem pudrem.
Równie popularne są morele, uprawiane w dolinie Wachau pod Wiedniem, podawane tam w knedlach i naleśnikach.

Do dań słonych natomiast bardzo często dodawane są kapusta kiszona i duże okrągłe knedle (Knödel), które pojawiają się również w zupach (np. Speckknödelsuppe, odpowiedniku naszego rosołu). Czwarty filar kuchni austriackiej to ziemniaki, główny składnik tyrolskich dań Erdäpfelsalat (pokrojone ziemniaki z octem) oraz Gröstl (ziemniaki podsmażane z różnymi dodatkami). Druga z potraw jest spotykana również w landzie Voralberg i w sąsiadującej z nim Szwajcarii. Jak w większości krajów górzystych, można tu dostać dobre żółte sery. Ten produkt jest składnikiem chociażby Käsespätzle, drobnych kluseczek podawanych niekiedy ze szpinakiem lub szynką. Wśród szynek najbardziej charakterystyczny smak ma wędzony Speck, przypominający trochę włoskie prosciutto.

Desery to prawdopodobnie najbardziej wyrafinowany dział kuchni austriackiej, która wiele zawdzięcza rozwiniętej sztuce cukierniczej Wiednia. Tym najsłynniejszym deserem jest Sachertorte, wymyślony przez kucharza księcia Metternicha. Choć wiadomo, że jest to czekoladowy biszkopt przełożony konfiturą morelową, receptura objęta jest tajemnicą a smakiem oryginalnego tortu można delektować się tylko w hotelu Sacher. Kawiarnia ma swoje filie również w innych miastach. Salzburg słynie przede wszystkim z pralinek Mozartkugeln. W sklepach można dostać czekoladki w złotych i czerwonych papierkach, lecz te najprawdziwsze Mozartkudeln, ozdobione podobizną Mozarta, sprzedawane są w srebrno-niebieskich opakowaniach w Cafe Fürst. Ich produkcję rozpoczął w 1890 roku Paul Fürst, który zdobył za nie złoty medal na wystawie w Paryżu. Bardziej masową marką jest popularna Milka, produkowana w fabryce w Bludencji. Przed świętami sklepowe półki zapełniają się produktami tej firmy z limitowanych opakowaniach. Pisałam już na polskagotuje.pl o Linzer Torte i Salzburger Nockerln – to kolejne z austriackich deserów o długiej tradycji. Słodką wersją knedli jest Mohnknödel, podawany z sosem waniliowym i makiem.
W austriackich miastach i miasteczkach w oczy rzuca się brak sklepików osiedlowych – w produkty spożywcze można się zaopatrzyć jedynie w sklepach sieciowych. Ze względu na dużą wagę, jaką Austriacy przywiązują do ochrony środowiska, popularnością cieszą się droższe produkty ekologiczne.

Przeczytaj również tutaj

wtorek, 13 listopada 2012

Serfaus – Fiss – Ladis. Narciarski raj na ziemi.



Zima wpadła nas tylko na chwilę. Sypnęło śniegiem, ale stopił się on równie szybko jak spadł.  Nie ma już po nim najmniejszego śladu, a według prognoz na kolejny atak mrozu trochę jeszcze poczekamy. Tym niemniej, sezon narciarski oficjalnie się rozpoczął, a przynajmniej w krajach alpejskich, w których zawodnicy rywalizują już na pucharowych trasach. Przyszła więc pora na kolejną recenzję stoku. 

Marzec jest okresem, w którym chyba najchętniej wyjeżdżamy na narty: to wtedy przywozi się z gór opaleniznę, która mogłaby wskazywać co najmniej na pobyt w ciepłych krajach. Sama doceniam uroki białego szaleństwa w marcu. Z drugiej strony jednak przekonałam się również do podbijania stoków tuż po rozpoczęciu sezonu, czyli w listopadzie, grudniu i pierwszych dniach stycznia. Co prawda dzień jest wtedy krótki, nie wszystkie trasy są otwarte i ciężko jest trafić na ładną pogodę, ale z drugiej strony stoki świecą jeszcze pustkami, więc na 99% nie wpadniemy na żadną początkującą grupę, która „niechcący” zjechała na czarną trasę. 

Miejscem, które wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie i w którym miałam okazję pojeździć właśnie w takim niszowym okresie to Serfauss – Fiss – Ladis. Ośrodek oddalony jest o niespełna 100 km i ponad godzinę jazdy samochodem od Innsbrucka. Stąd już blisko do Szwajcarii i Włoch. Region ten rozciąga się między 1200 a 2820 m n.p.m. Za sprawą podziemnej kolejki łączącej trzy niegdyś niezależne ośrodki, jest to jeden z najbardziej rozległych obszarów narciarskich w Tyrolu, a nawet w całej Austrii. Zaskakuje jego niezwykle rozbudowana oferta: nawet patrząc na mapę ciężko jest zliczyć wszystkie trasy. A tych jest 212 km (o różnym poziomie trudności, z przewagą tras czerwonych), z czego 155 km to trasy sztucznie naśnieżane. W sezonie pracuje aż 70 kolejek i wyciągów. 

Serfaus - Fiss - Ladis od lat wychodzi naprzeciw potrzebom rodzin z małymi dziećmi, na które czekają tu szkółki z wielojęzycznymi instruktorami, place zabaw, specjalne tereny narciarskie dla maluchów i ścieżki dydaktyczne. Oprócz tras narciarskich, do dyspozycji jest niemal 120 km tras biegowych, 10 km torów saneczkowych, funparki, pomiary prędkości, muldy, trasy carvingowe, platformy widokowe, ponad 25 restauracji i barów i wiele wiele innych atrakcji. 

Jeżeli planujecie narty w Austrii ceny karnetów znajdziecie tutaj, natomiast mapę tras tutaj.

sobota, 6 października 2012

Najbardziej czekoladowe miejsca Europy*

Czekolada to bardzo wdzięczny produkt. Na świecie poświęcono jej wiele muzeów, zaś fabryki czekolady udostępnione do zwiedzania to gwarancja sukcesu. Jednak niektóre miasta, bardziej niż inne kojarzą się z tym słodkim wyrobem.

Bruksela
Dla wielu ludzi Belgia to przede wszystkim kraj piwa, frytek z majonezem, muli… i oczywiście czekolady. Już pierwszy spacer po zabytkowej starówce w Brukseli pozwala się o tym osobiście przekonać. Chyba w żadnym innym mieście na świecie nie ma tylu muzeów i fabryk czekolady, jak tu (najważniejsze z nich to Musee du Cacao et du Chocolat). W niewielkiej odległości od siebie znajdziemy firmowe sklepy takich wykwintnych marek jak Leonidas, Godiva, Neuhaus czy Wittamer. W Brukseli właśnie te niezliczone „smakowite” witryny robią największe wrażenie. Nie trzeba jednak wcale kupować pralinek, aby się zasłodzić. Ekspedienci, by zachęcić potencjalnych klientów, chętnie częstują ich czekoladkami o różnych kształtach i smakach.

Zurych
Któż nie zna czekolad Lindt, Toblerone czy Nestlé? To jeden z głównych produktów eksportowych Szwajcarii, której mieszkańcy spożywają ponoć najwięcej czekolady na świecie. Lokalnym jej prekursorem był Rudolf Sprüngli, który w 1845 roku otworzył pierwszą fabrykę w Zurychu. Dziś w tym mieście, oprócz sklepów z zegarkami, z pewnością nie brakuje właśnie tych z czekoladą. Najsłynniejsze z nich to Confiserie Sprüngli, Teuscher, Vollenweider i Markus. Część tych sklepów mieści się przy najważniejszej ulicy Zurychu - Bahnhofstrasse, pod którą ponoć znajdują się osławione skrytki bankowe. Każdy słynie również z wyrobu jakiegoś flagowego ciasta i przyciąga turystów dodatkowymi atrakcjami, np. możliwością podpatrzenia produkcji czekoladek. Szwajcaria uchodzi za bardzo drogi kraj i jedna mała pralinka z najmodniejszego sklepu potrafi kosztować tyle, co obiad. Taka cena gwarantuje jednak, że bardziej docenia się jej smak czekolady. 

Bludencja
To niespełna piętnastotysięczne miasteczko położone w zachodniej Austrii, niedaleko granicy ze Szwajcarią. Można tu się dowiedzieć, dlaczego austriackie dzieci wierzą, że krowy są… fioletowe! Tak, w Bludenz mieści się główna fabryka jednej z najpopularniejszych czekoladowych marek świata – Milki. Latem odbywa się tu doroczne święto czekolady (Internationales Milka Schokoladefest), którego sponsorem jest Milka – Kraft Foods Österreich. O ile pralinki Mozartkugel uchodzą za smakołyk dla koneserów (nie każdy lubi marcepan), tak po słodko-mleczną Milkę chętnie sięgają dzieci. W grudniu półki w austriackich sklepach zapełniają się rozmaitymi czekoladami i czekoladkami w świątecznych opakowaniach i każdy obcokrajowiec (nie tylko dziecko) z pewnością straci dla nich głowę!

Kolonia
Schokolademuseum jest jedną z najsmaczniejszych i najważniejszych atrakcji turystycznych Kolonii. Zaraz po słynnej Katedrze św. Piotra i Najświętszej Marii Panny (budowanej przez ponad 6 wieków), jest to najczęściej odwiedzane miejsce w regionie. Trudno się temu dziwić. Muzeum należy do koncernu Lindt & Sprüngli i jest jedną z największych tego typu placówek na świecie. Jego dokładne zwiedzenie może zająć nawet kilka godzin. W 1993 roku założył je ówczesny szef firmy Stollwerck - Hans Imhoffer. Muzeum jest malowniczo położone nad Dunajem, w odległości około 15 minut spacerem od ścisłego centrum miasta. Na powierzchni 4 tysięcy m2, na 3 piętrach  zgromadzono około 2 tysiące eksponatów przybliżających długą historię czekolady. W obrazowy i przystępny dla dzieci sposób przedstawiono cały proces produkcyjny – od zbiorów ziaren kakaowca po moment trafienia czekolady na sklepowe półki. Temu właśnie poświęcone są poszczególne wystawy. Dowiemy się na nich np. dlaczego biała czekolada jest biała, które starożytne cywilizacje doceniły smak tego wyrobu i jak dokładnie działa fabryka czekolady. Oczywiście, o w wszystkim przekonać się można przy pomocy własnych kubków smakowych (do biletu dołączana jest czekoladka). Równie zachwycający jest sklep, w którym dostaniemy nawet makaron czekoladowy.

*Ten artykuł ukazał się na łamach portalu polska-gotuje.pl.

czwartek, 26 lipca 2012

Innsbruck, mój trzeci dom w sercu Alp


Jest mniej zatłoczony niż turystyczny Salzburg, ale ma równie wiele do zaoferowania. Mniej w nim sennej atmosfery austriackich czy niemieckich miast, a przewyższa je urokiem. Ma w sobie szczyptę południowego temperamentu a także wiedeńskiego majestatu. W końcu sam cesarz Maksymilian I pragnął być tu pochowany. Podróżujący do Włoch często przejeżdżają obok, ale rzadko kiedy zbaczają z autostrady. A warto. Wystarczy dzień, by zwiedzić najważniejsze miejsca, lecz aby poczuć się jak mieszkaniec Innsbrucka, wcale nie trzeba zobaczyć wszystkich kościołów i muzeów. Najlepiej jest posnuć się po starówce, usiąść przy kawie i poobserwować toczące się obok życie. 

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

5 subiektywnie najbardziej filmowych miejsc świata

Nawet jeden mało ambitny film potrafi z nieznanego aktora zrobić gwiazdę światowego formatu. Podobnie jest z miejscami, które służą za plan filmowy. Mogą one skorzystać nawet jeżeli sama produkcja okazuje się klapą. Nagle zaczyna przyjeżdżać dwa razy więcej turystów, którzy podążają śladem ulubionego bohatera, a przewodnicy przytaczają oprowadzanym wycieczkom anegdoty o tym, co się wydarzyło, kiedy rzeczony film tu kręcono. Wśród najczęściej filmowanych miejsc można by pewnie wymienić Nowy Jork, Londyn czy Paryż, lecz o tych miastach napiszę kiedyś w innym kontekście. Dziś zaś przedstawiam listę pięciu niezwykle atrakcyjnych miejsc, o których istnieniu wiele osób dowiedziało się dopiero po obejrzeniu danego filmu. Albo też takich, które nierozerwanie się z jakimś filmem kojarzą. Nie liczy się więc liczba filmów kręconych w przykładowym mieście, a fakt, iż takie miasto gra w nim/nich pierwsze skrzypce.

wtorek, 20 marca 2012

Miejsce z okładki

Zawsze zastanawiałam się, co to za miejsce, to bajkowe miasteczko przytulone do zbocza stromej góry, z zadbanymi domkami i kościółkiem ze strzelistą wieżą na cypelku wysuniętym w jezioro. Miasteczko nazywa się Hallstatt, a jego zdjęcie zdobi okładki przewodników po Austrii częściej, niż fotografie wiedeńskich zabytków czy alpejskiej przyrody. Leży ono w regionie Salzkammergut w Górnej Austrii i figuruje na liście światowego dziedzictwa UNESCO pod nazwą „krajobraz kulturowy Hallstatt-Dachstein Salzkammergut”. 
Widok jest w rzeczywistości tak samo bajkowy jak na zdjęciach, zaś zmaterializowane Hallstatt staje się tylko mniej nierealne. Nie ma tu ani kropli kiczu czy sztuczności, być może dzięki lokalizacji z dala od autostrady. Zjechać z A-jedynki można po obu stronach Salzburga, chociaż jadąc od Monachium, łatwo jest się zgubić, gdyż nie ma odpowiednich znaków. W obu przypadkach jednak trzeba się liczyć z godziną spędzoną na wąskich drogach. Miasteczko jest piękne o każdej porze roku. Większość mieszkańców, a tych jest niespełna tysiąc, żyje z wynajmu pokoi. Dlatego też nawet jeśli w Internecie nie znajdziemy żadnego noclegu, spokojnie można przyjechać tu w ciemno i poszukać czegoś na miejscu.
Przyjemnie jest obudzić się, mając taki krajobraz za oknem, chociaż pół dnia w zupełności starczy, by zwiedzić okolicę. Tak robią azjatyccy turyści, których autokary wysadzają tu na kilka godzin. Nic dziwnego, że Hallstatt jest żelaznym punktem ich wycieczek. Miasteczko do tego stopnia zachwyciło Chińczyków, że Ci postanowili je u siebie wiernie odtworzyć. Chińskie Hallstatt można zobaczyć na tej stronie. 
Zwiedzanie najlepiej rozpocząć jest na początku deptaka Seestraβe, skąd wypływają również łódki w rejs po Hallstätter See. Uliczka biegnie wzdłuż jeziora i pełno na niej sklepików z pamiątkami oraz kawiarni z ładnym landszaftem . Nawet rynek wydaje się być  zaprojektowany z dbałością o każdy szczegół i trudno stąd tak po prostu odejść. Wielu ludzi zadowala się widokiem ze wspomnianej przystani, jednak ten najsłynniejszy można ujrzeć z Gosaumühlstraβe, która jest przedłużeniem Seestraβe. Do niecodziennych atrakcji należą kolekcja czaszek w miejscowym kościele i najstarsze na świecie kopalnie soli, które można zwiedzać. Odkryte tu ślady prehistorycznej kultury pochodzą z pierwszego tysiąclecia przed naszą erą.
Zapraszam do galerii. 




poniedziałek, 5 marca 2012

Steinach am Brenner, mały wielki stok

-->
Mniej więcej w połowie drogi z Innsbrucka do przełęczy Brenner pod autostradą przebiega kolej gondolowa. Mijana miejscowość to Steinach am Brenner, a tutejszy stok, choć niepozorny, kryje w sobie olbrzymi potencjał, o czym świadczyć może obecność narciarskich kadr Austrii i Szwecji wśród grona stałych bywalców. Poznałam to miejsce całkiem nieźle w trakcie mojego Erasmusa.
Do Steinach dojeżdża pociąg i autobus. Stok otwarty jest od grudnia do pierwszych dni kwietnia,  a we wtorki i weekendy można tu jeździć również wieczorem. Wysokość szczytu przekracza 2200 m n.p.m. Narciarze i snowboardziści mają do dyspozycji 6 wyciągów, 10 tras o różnym stopniu trudności oraz 6 restauracji i barów. Moją ulubioną trasą jest czerwona dwójka biegnąca wzdłuż wyciągu krzesełkowego Steinboden. Równoległa niebieska też jest całkiem przyjemna.
Jeździłam tu w bardzo różnych warunkach. Czasem było dość tłoczno, innym razem padał gęsty mokry śnieg i tworzyły się muldy, a gogle parowały. Zapamiętam jednak Steinach takim, jakie było w pewien grudniowy wieczór, kiedy temperatura spadła do -20ºC, o czym wówczas nie wiedziałam. Odebrałam narty prosto od ostrzenia. Stok był całkiem pusty i równy jak stół, a śnieg zmrożony i szybki. To była zdecydowanie najlepsza jazda w życiu. Owszem, ręka zamarzała przy robieniu zdjęć, a wracać trzeba było bez buta, gdyż nie czułam stopą sprzęgła. Ale warto czasem zmarznąć dla przepięknych obrazów namalowanych przez ostry mróz. Jak drzewa, na których zastygła metrowa warstwa śniegu albo wzory ze szronu á la Swarovski na dachu mojego samochodu. 
Jest jeszcze jedna rzecz, o której należy tu wspomnieć. W krajach alpejskich, obok nart i snowboardu, niesamowicie popularną formą spędzania wolnego czasu w zimie są… sanki. Wbrew pozorom to nie jest wcale atrakcja dla dzieci. Austriacy często wybierają się na stok w kaskach i z własnymi profesjonalnymi sankami. Można je też wypożyczyć za kaucją, a płaci się wtedy jedynie za wjazd wyciągiem. Wiele stoków ma wytyczone specjalne trasy saneczkowe, które biegną dookoła góry i bezkolizyjnie przecinają stok narciarski. Rozwija się na nich na tyle duże prędkości (zwłaszcza po Glühweinie, kiedy wyłączają się hamulce), że saneczkarze to przeważnie dorośli.
Tor w Steinach jest jednym z najlepszych w ogóle. Biegnie przez las, ma 5 kilometrów długości, 180% zakręty i tunele. Jest sztucznie oświetlony, więc chyba nie muszę mówić, że największa frajda jest wieczorem i w dużej grupie. Zakręty bywają wylodzone, więc zdarzają się kontuzje (ja skończyłam z siniakiem wielkości dużego spodka na nodze). Sama jazda nie jest trudna: aby skręcić, wystarczy odpowiednią nogą lub ręką dotknąć śniegu. Można jeździć dwójkami albo pojedynczo. Ponieważ śnieg sypie w twarz, niezbędne są nieprzemakalne spodnie i rękawice oraz wysokie buty. 

Więcej info...