Do Huśtawki po raz pierwszy zabrała
mnie Ola. Sama pewnie nigdy bym tu nie dotarła. Do tego lokalu bowiem nie
trafia się przypadkowo. Nawet za drugim razem, kiedy chciałam pokazać go Kindze,
nie miałam pewności, w którą bramę skręcić. Może właśnie dzięki lokalizacji Huśtawka
jest tak popularna w środowisku studenckim. Jakby nie patrzeć, mieści się w
samym centrum Warszawy, ale w środku zupełnie zapomina się o tym, że zaraz za
ścianą biegną Aleje Jerozolimskie…
piątek, 30 marca 2012
piątek, 23 marca 2012
Miami Vice
wtorek, 20 marca 2012
Miejsce z okładki
Widok jest w rzeczywistości tak samo bajkowy jak na zdjęciach, zaś
zmaterializowane Hallstatt staje się tylko mniej nierealne. Nie ma tu ani
kropli kiczu czy sztuczności, być może dzięki lokalizacji z dala od autostrady.
Zjechać z A-jedynki można po obu stronach Salzburga, chociaż jadąc od
Monachium, łatwo jest się zgubić, gdyż nie ma odpowiednich znaków. W obu
przypadkach jednak trzeba się liczyć z godziną spędzoną na wąskich drogach. Miasteczko
jest piękne o każdej porze roku. Większość mieszkańców, a tych jest niespełna
tysiąc, żyje z wynajmu pokoi. Dlatego też nawet jeśli w Internecie nie
znajdziemy żadnego noclegu, spokojnie można przyjechać tu w ciemno i poszukać
czegoś na miejscu.
Przyjemnie jest obudzić się, mając taki krajobraz za oknem, chociaż pół
dnia w zupełności starczy, by zwiedzić okolicę. Tak robią azjatyccy turyści,
których autokary wysadzają tu na kilka godzin. Nic dziwnego, że Hallstatt jest
żelaznym punktem ich wycieczek. Miasteczko do tego stopnia zachwyciło
Chińczyków, że Ci postanowili je u siebie wiernie odtworzyć. Chińskie Hallstatt
można zobaczyć na tej stronie.
Zwiedzanie najlepiej rozpocząć jest na początku deptaka Seestraβe, skąd
wypływają również łódki w rejs po Hallstätter See. Uliczka biegnie wzdłuż
jeziora i pełno na niej sklepików z pamiątkami oraz kawiarni z ładnym landszaftem
. Nawet rynek wydaje się być
zaprojektowany z dbałością o każdy szczegół i trudno stąd tak po prostu
odejść. Wielu ludzi zadowala się widokiem ze wspomnianej przystani, jednak ten
najsłynniejszy można ujrzeć z Gosaumühlstraβe, która jest przedłużeniem
Seestraβe. Do niecodziennych atrakcji należą kolekcja czaszek w miejscowym
kościele i najstarsze na świecie kopalnie soli, które można zwiedzać. Odkryte
tu ślady prehistorycznej kultury pochodzą z pierwszego tysiąclecia przed naszą
erą.
Zapraszam
do galerii. piątek, 16 marca 2012
Praga, podejście pierwsze: Ząbkowska
wtorek, 13 marca 2012
Smaki Beneluxu
Jeżeli chodzi o Belgię, całe
moje doświadczenie z nią związane opiera się na kilkudniowym pobycie w Brukseli
na przełomie 2008 i 2009 roku. Pamiętam, że jest tam dość drogo ze względu
obecność instytucji unijnych. Że ciężko jest się dogadać po angielsku. Że w parkach
nie ma chodników, więc ciągnięta walizka podskakuje na wystających korzeniach
drzew. Pamiętam też ładną architekturę oraz starówkę, która w moim odczuciu stanowi
80% atrakcyjności miasta. To tam mieszczą się designerskie butiki, kolorowe restauracje
i puby. Wśród nich jest ten najpopularniejszy, Delirium Café, w którym karta piw liczy kilkaset pozycji, a serwuje
się je w dwulitrowych kuflach. Z jakiegoś powodu wspominam Brukselę w bardzo
pozytywnym świetle. Ten powód nazywa się: belgijska kuchnia.
Stella Artois, Chimay, Duval, Leffe, Orval – to tylko niektóre z
belgijskich piw. Niezliczone są też gatunki tego napoju, produkowanego w Belgii
już od Średniowiecza. Producenci prześcigają się w wymyślaniu najdziwniejszych
smaków, jednak dla mnie niedoścignionym numerem jeden jest Kriek marki Mort
Subite, którego na próżno szukałam w innych krajach. Reprezentuje on gatunek
lambic, który jeszcze przed drugą fermentacją rozlewany jest do butelek. Takie
piwo w zasadzie przypomina w smaku wino lub szampan. Do Krieka ponadto dodaje
się wiśnie lub koncentrat wiśniowy. Polską namiastką może być Wiśnia w Piwie
W Holandii byłam dwa razy: raz
przejazdem i raz przelotem. Za tym drugim razem spędziłam kilka godzin w
Amsterdamie, ale ze względu na zmęczenie wynikające z długiej podróży zza
oceanu i zmiany stref czasowych, nie pamiętam prawie nic. Chciałabym za to
polecić pewien holenderski przysmak. Jest on dostępny w zasadzie w wielu
krajach Europy, a równie dużą popularnością cieszy się w Niemczech. Można go
dostać nawet w Polsce, ale wiem, że pochodzi z Holandii, a poleciła mi go Ewa,
która się tam wychowywała. Chodzi mi o Stroopwafle, czyli podwójne waflowe
krążki zlepione syropem wymieszany z masłem, a w innych wersjach - miodem lub
karmelem. Rzadko kiedy tracę głowę dla czegoś co nie zawiera czekolady, ale
Stroopwafla mogę zjeść o każdej porze! Nawet same smakują wybornie, lecz prawidłowo
podaje się je, kładąc na kubku gorącej herbaty lub kawy. Po kilku minutach
nadzienie zacznie się rozpływać, a wafle będą delikatnie cieszyć podniebienie.
Polska firma Tago produkuje podobne
łakocie, tylko że pakowane pojedynczo. W sklepach z żywnością ekologiczną można
dostać miniaturowe wafelki w torebkach lub wafle ze zdrowszych gatunków mąki.
To jednak już nie jest to samo.
![]() |
www.daelmansbanket.nl |
W Luksemburgu nie byłam, więc
nie wiem jak smakuje ;)
PS. Należy się małe sprostowanie. W czasach, kiedy byłam w Brukseli, pisałam jeszcze pamiętnik. Natykam się dziś na wpis dotyczący tego wyjazdu i cóż tam widzę? Nie wspomniałam wyżej o dwóch wadach tego miasta. Po pierwsze, Bruksela nie jest czysta. Wieczorem śmieci z restauracji na starówce wystawiane są na ulice, więc nocą wygląda to jak wielkie wysypisko. Poza tym brakowało nocnych autobusów w ciągu tygodnia. Wydaje mi się to mało możliwe i być może po prostu o nich nie wiedzieliśmy, ale nie zmienia to faktu, że musieliśmy czekać do rana w centrum, aż zaczną kursować te regularne autobusy. Jednak jak widać, po latach takich rzeczy się nie pamięta ;)
PS. Należy się małe sprostowanie. W czasach, kiedy byłam w Brukseli, pisałam jeszcze pamiętnik. Natykam się dziś na wpis dotyczący tego wyjazdu i cóż tam widzę? Nie wspomniałam wyżej o dwóch wadach tego miasta. Po pierwsze, Bruksela nie jest czysta. Wieczorem śmieci z restauracji na starówce wystawiane są na ulice, więc nocą wygląda to jak wielkie wysypisko. Poza tym brakowało nocnych autobusów w ciągu tygodnia. Wydaje mi się to mało możliwe i być może po prostu o nich nie wiedzieliśmy, ale nie zmienia to faktu, że musieliśmy czekać do rana w centrum, aż zaczną kursować te regularne autobusy. Jednak jak widać, po latach takich rzeczy się nie pamięta ;)
poniedziałek, 12 marca 2012
Stambuł - fotorelacja
Ubiegły weekend spędziłam nad Bosforem. To było moje drugie spotkanie z Turcją. Pierwsze miało miejsce siedem lat temu i był to typowo wypoczynkowy pobyt koło Bodrum + kilka wycieczek zorganizowanych, w tym do Pamukkale. W niewielkim stopniu poznałam wtedy prawdziwą Turcję i niewiele z tego pamiętam. Tym razem było krócej, lecz bardziej intensywnie. Zapraszam do mini galerii:
poniedziałek, 5 marca 2012
Steinach am Brenner, mały wielki stok
Mniej więcej w połowie drogi z Innsbrucka do przełęczy Brenner pod
autostradą przebiega kolej gondolowa. Mijana miejscowość to Steinach am
Brenner, a tutejszy stok, choć niepozorny, kryje w sobie olbrzymi potencjał, o czym
świadczyć może obecność narciarskich kadr Austrii i Szwecji wśród grona stałych
bywalców. Poznałam to miejsce całkiem nieźle w trakcie mojego Erasmusa.
Do Steinach dojeżdża pociąg i autobus. Stok otwarty jest od grudnia do
pierwszych dni kwietnia, a we wtorki i
weekendy można tu jeździć również wieczorem. Wysokość szczytu przekracza 2200 m
n.p.m. Narciarze i snowboardziści mają do dyspozycji 6 wyciągów, 10 tras o
różnym stopniu trudności oraz 6 restauracji i barów. Moją ulubioną trasą jest czerwona
dwójka biegnąca wzdłuż wyciągu krzesełkowego Steinboden. Równoległa niebieska
też jest całkiem przyjemna.


Tor w
Steinach jest jednym z najlepszych w ogóle. Biegnie przez las, ma 5 kilometrów
długości, 180% zakręty i tunele. Jest sztucznie oświetlony, więc chyba nie
muszę mówić, że największa frajda jest wieczorem i w dużej grupie. Zakręty
bywają wylodzone, więc zdarzają się kontuzje (ja skończyłam z siniakiem
wielkości dużego spodka na nodze). Sama jazda nie jest trudna: aby skręcić,
wystarczy odpowiednią nogą lub ręką dotknąć śniegu. Można jeździć dwójkami albo
pojedynczo. Ponieważ śnieg sypie w twarz, niezbędne są nieprzemakalne spodnie i
rękawice oraz wysokie buty.
Więcej info...
piątek, 2 marca 2012
Monako, czyli jak ustrzelić skuter
Tak to już jest z tymi małymi państwami, państewkami, państwami-miastami i
księstwami: albo się je kocha, albo omija z daleka. Jednych rażą one
pretensjonalnością i ciasnotą, innych zachwycają stylem i kondensacją wszystkich
atrakcji na małej przestrzeni. Ja Monako pokochałam jeszcze zanim wysiadłam z
samochodu.
A parking dla plebsu pod ziemią ;) |
Może zabrzmi to banalnie, ale Monako jest dla mnie miejscem zjawiskowym. Księstwo
ma powierzchnię niespełna 2 km2 i jego granice pokrywają się z
granicami miasta o tej samej nazwie. Słynne Monte Carlo to więc nic innego, jak
jedna z dzielnic księstwa. Wydaje się, że te dwa magiczne słowa są synonimem luksusu, ale dopiero będąc tu,
człowiek uświadamia sobie prawdziwy rozmiar bogactwa. Przechadzając się tutejszymi
ulicami, można odnieść wrażenie, że to
piękny sen albo chociaż hollywoodzki film. Nigdzie nie naliczyłam tylu
sportowych samochodów i limuzyn, co tutaj. Nic dziwnego, że jedynie 1/5
mieszkańców tego raju dla milionerów to jego obywatele…
Dla mnie jednak niezwykłą osobliwością oraz prawdziwą miarą tutejszego
dobrobytu okazało się być… wesołe miasteczko. Nie mam pojęcia, czy jest ono
sezonowe, czy też stałe, ale potrafiło uzależnić! Pamięta ktoś jeszcze
strzelnice, na których można było wygrać maskotki i plastikowe kwiatki? No
właśnie. W Monte Carlo nagrodami na takich strzelnicach są smartphony, mp4, konsole,
kina domowe i skutery. To chyba mówi samo za siebie. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)