sobota, 15 marca 2014

Pocztówki z Krymu

Czasem obraz znaczy więcej niż tysiąc słów - nawet jeśli poniższe zdjęcia nie oddają całkowicie piękna, którym zachwycał się Mickiewicz. Unikam mieszania się w politykę na tym Blogu, ale uznałam, że to dobry moment, by zwrócić uwagę, jak wiele polityka może zmienić z punktu widzenia "zwykłego" człowieka. 



niedziela, 9 lutego 2014

Czy wiesz, że… Warszawska syrenka Picassa

Jedna z bardziej niezwykłych historii związanych z Warszawą miała miejsce w 1948 roku podczas wizyty Pablo Picasso, który przyjechał na Kongres Intelektualistów do Wrocławia. Początkowo miał w Polsce zabawić trzy dni, jednak pobyt przeciągnął się do dwóch tygodni, w trakcie których artysta odwiedził Kraków, Oświęcim i Warszawę…


W tamtych czasach Warszawa wciąż podnosiła się z wojennych zniszczeń, a na Kole powstawało nowoczesne osiedle, do budowy którego posłużyły gruzy zrównanej z ziemią stolicy. Zaprojektowało je małżeństwo Syrkusów, prywatnie przyjaciele Picassa. 3 września zaprosili go na wycieczkę – artysta zachwycił się przede wszystkim funkcjonalnością osiedla. Wówczas doszło do symbolicznego zdarzenia: Picasso spontanicznie namalował węglem na jednej ze ścian postać syrenki o wymiarach mniej więcej 1,8x1,7 m, trzymającej młotek zamiast miecza.

Źródła podają dziś kilka adresów: Deotymy 4/28, Deotymy 48/28 lub Ks. J. Sitnika 4. Wiadomo na pewno, że do wówczas pustego jeszcze jednopokojowego mieszkania z kuchnią i wnęką sypialną wprowadziła się niebawem pani Franciszka Sawicka-Prószyńska z mężem. Choć zgodnie z nakazem spółdzielni, miała chronić dzieło przed zniszczeniem i udostępniać je zwiedzającym (najprościej mówiąc: otrzymała z przydziału mieszkanie-muzeum), losy tej nietypowej pamiątki potoczyły się niestety inaczej. Przez kilka lat do mieszkania pani Franciszki przybywali licznie niezapowiedziani goście: krajowe delegacje z Bolesławem Bierutem na czele, zagraniczni turyści a nawet wycieczki szkolne. Lokatorzy prowadzili przez ten czas księgę gości, lecz kiedy ich wytrzymałość dobiegła kresu, zasłonili syrenę kotarą, aż wreszcie administracja zezwoliła w 1953 roku na jej zamalowanie.

Straciliśmy tym samym jedno z bardziej unikalnych dzieł, choć nie jesteśmy w tym gronie odosobnieni  - podobny los spotkał naścienny rysunek Picassa w Hiszpanii. Przetrwała za to inna syrenka, o wiele mniejsza, namalowana przez słynnego artystę w rodzinnym albumie ówczesnego prezydenta Warszawy, Stanisława Tołwińskiego, na prośbę jego żony. Dziwi mnie jednak fakt, iż cała ta historia nie jest wykorzystywana marketingowo. Kto by nie chciał na pamiątkę kubka czy koszulki z taką syrenką?

niedziela, 19 stycznia 2014

Narty w Norwegii (informacja prasowa)

Jestem wielką fanką nart, gór, zimy, Skandynawii i magazynu "Zew Północy", dlatego postanowiłam zrobić wyjątek dla poniższej informacji prasowej i opublikować ją w całości na Blogu. Zawiera ona szereg ciekawych informacji - zachęcam do przeczytania :-)
fot. Visit Telemark

wtorek, 14 stycznia 2014

Wenecje

Skąd liczba mnoga w tytule? Choć Wenecja jest tylko jedna i niepowtarzalna, nazwę tę zwykło się zestawiać z nazwami innych miast, dla podkreślenia ich położenia, nawet jeśli wcale nie muszą one zachęcać w ten sposób turystów to przyjazdu. Lecz ile z Wenecji jest w tych Wenecjach?

Wenecja prawdziwa
Wąskie mosty nad starymi weneckimi kanałami zyskują wiele poza sezonem, kiedy możliwe okazuje się zrobienie na nich zdjęcia, bez kilkunastu zbędnych osób w kadrze. O ile ceną za unikalną lokalizację jest nieprzyjemny zapach wody latem, tak zimą nie jest to na tyle uciążliwe. Może nie będzie wtedy ciepło, ale za to delikatne światło przywiedzie na myśl widoki z obrazów Canaletto, jeżeli trafimy na ładną pogodę, co wbrew pozorom nie jest nierealne. Dwie z moich trzech wizyt w Wenecji miały miejsce w deszczowej aurze, co nie zmienia faktu, że w każdej chwili jestem gotowa tam wrócić i przemierzyć ponownie obowiązkowy szlak: imponująca Bazylika Świętego Marka, karmienie gołębi na placu pod tym samym patronem (wątpliwa przyjemność!), wdrapanie się na Most Westchnień. Gdybym miała wybrać porę roku na kolejną podróż do Wenecji, celowałabym w Karnawał (choć to też sezon). Równie miłym pomysłem wydają się być walentynki w Wenecji. Póki co, pozostaje mi wenecka maska, obowiązkowa pamiątka z tego miasta (obok wyrobów ze szkła murano).


wtorek, 10 grudnia 2013

Narty po amerykańsku

O ile nie jest się zawodnikiem i nie poszukuje się latem zimy, ciężko jest uzasadnić kilkunastogodzinny lot na narty na inny kontynent, skoro o kilka godzin jazdy samochodem (no dobrze, z Warszawy kilkanaście) oddalone są Alpy i Dolomity. Lepszych warunków do uprawiania tego sportu nie można sobie wymarzyć. A jednak będąc w Stanach, nie mogliśmy nie wypróbować stoków w Kolorado. Jak się okazało, niemal wszystko jest tam inne niż w Europie…

Trzy lata temu miałam okazję odwiedzić Beaver Creek, jeden z ważniejszych amerykańskich kurortów zimowych, ze względu na organizowane tam co roku zawody alpejskiego Pucharu Świata (odbyły się właśnie w ubiegły weekend, a za rok Beaver Creek będzie gościć Mistrzostwa Świata). Znaczna część przyjeżdżających tu turystów przylatuje najpierw do pobliskiego Vail. Dwie godziny jazdy stąd oddalone jest natomiast słynne Aspen.

Brak długiej tradycji narciarskiej w Stanach odzwierciedlony jest w architekturze i klimacie tutejszych górskich miasteczek. Beaver Creek samo w sobie jest dość specyficzne: żeby tu wjechać, trzeba zapłacić (chyba że się tu mieszka). Wśród niezbyt rozległej zabudowy dominują całkiem nowe apartamentowce, które z zewnątrz naśladują styl tyrolski, natomiast w środku urządzone są typowo po amerykańsku (czyli dużo miejsca zwłaszcza w kuchni, kominek, wykładzina). Wiele takich apartamentów należy do Anglików, którzy i tak muszą wsiąść w samolot, by zrobić użytek z nart. W centrum Beaver Creek dzieje się niewiele: jest główny plac, jedna kawiarnia i dwie restauracje. Wydawać by się mogło, że po zmroku nie ma na Ziemi bardziej spokojnego miejsca niż austriackie wioski, tymczasem tu życie nocne to jeszcze bardziej obce wyrażenie.

Miasteczko położone jest na wysokości 2 500 m n.p.m., co sprawia, że nawet szybszy krok to odczuwalny wysiłek. Kroków nie trzeba jednak stawiać tak dużo, gdyż hotele oferują wszelkie niezbędne usługi – można na przykład wypożyczyć sprzęt. Część marek w wypożyczalniach brzmi jak najbardziej znajomo, ale brakuje produktów niektórych liderów europejskiego rynku. Trzeba niestety nastawić się na spory wydatek związany z karnetem.

Na stokach potwierdzenie znajduje teza, że odległości i przestrzeń mają w Stanach inny wymiar. Choć jest tu wysoko, góry wydają się raczej łagodne, ale też rozległe. Dlatego jeżeli nawet na trasach jest sporo ludzi, po prostu ich nie widać. Trasy są zaś szerokie i idealnie nachylone. Nie wiem, skąd dokładnie się to bierze, lecz nie ma tu w ogóle lodu,  a i śnieg  różni się od tego w Europie. Nie można Amerykanom odmówić dobrego przygotowania stoków: ratraki ruszają do pracy niczym kolumna czołgów na wojnę - każdorazowo jest uruchamianych co najmniej 10 pojazdów. To nie wystarczy jednak kiedy zacznie obficie sypać śnieg. Ze względu na rozległość stoków, ratrakowanie w takich warunkach nie ma sensu. Wtedy pozostaje jedynie cieszyć się jazdą w puchu.

Wydawać by się mogło, że tablica głosząca „Experts only beyond this point” ustawiona przez Amerykanów na pucharowej trasie to przesada. Tymczasem słynna Birds of Prey jest jedną z najtrudniejszych tras, po jakiej zjeżdżałam, a porównuję ją do czarnych tras w Austrii. Zobaczcie, jak sobie radzą z nią zawodowcy: 

Prób naśladownictwa europejskiego stylu nie widać w restauracjach na stokach. O ile z chęcią można zjeść w przerwie Gulaschsuppe i Apfelstrudel w Austrii czy spaghetii w Dolomitach, w Beaver Creek dostaniemy mało klimatycznego burgera. Jednak jest miła rzecz, z którą nie spotkałam się w Europie. Możliwe, że zależy to zależy od hotelu, ale powracających narciarzy częstowano ciasteczkami Oreo i gorącą czekoladą z marshmallows. Po ciężkim wysiłku taka dawka cukru jest wprost idealna. :-)

Przy okazji pobytu w Kolorado, chcieliśmy zaliczyć jakąś unikalną amerykańską atrakcję. Niestety, Wielki Kanion znajduje się 12 godzin jazdy na południe. O 10 godzin jazdy bliżej jest natomiast Colorado National Monument, nieduży i mało uczęszczany park narodowy, w którym może nie zobaczymy aż tak spektakularnych form, ale poczujemy przedsmak Wielkiego Kanionu. Był to pierwszy park narodowy w Stanach, jaki odwiedziłam i wywarł na mnie duże wrażenie.

Podsumowując, nawet jeżeli w jakimś aspekcie warunki narciarskie w Stanach są lepsze niż w Europie, przewaga ta nie jest na tyle znacząca, by opłacało się poświęcać tyle czasu i pieniędzy, by tu dotrzeć. Jednak jeżeli znajdziecie się zimą za Oceanem, warto skorzystać z takiej okazji, gdyż amerykańskie stoki powinny Was pozytywnie zaskoczyć. Pod wieloma względami jest tu inaczej niż w Europie, a takie narciarskie doświadczenie jest warte kilku wyjazdów do ośrodków, które już znamy.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Bajkowa Alzacja

W tym roku mam szczęście do miejsc o bajkowych krajobrazach i do miejsc smacznych, słynących chociażby z produkcji win. Alzacja zawsze była na mojej liście miejsc do odwiedzenia, ale pomysł, by pojechać tam akurat na początku listopada pojawił się dość spontanicznie. Był to jednak strzał w dziesiątkę, gdyż kraina ta zaskoczyła nas bardzo pozytywnie widokami i pogodą. I doskonale wpisała się w ten powyższy nurt.


Alzacja to nie tylko administracyjny region Francji położony w północno-wschodniej części kraju nad Renem, lecz również sąsiadująca z Niemcami kraina historyczna. Właśnie Niemcy, pod których panowanie Alzacja dostawała się w przeszłości, wywarły na nią ogromny wpływ. Dziś Alzatczycy wciąż noszą niemiecko brzmiące nazwiska, mówią płynnie po niemiecku, choć Niemcami wcale się nie czują…

Najlepsza pora by tu przyjechać to podobno wiosna, kiedy zielone winnice zaczynają uginać się pod ciężarem dojrzewających powoli winogron. Jeszcze piękniej jest jednak jesienią: choć owoce są już zebrane, pola przybierają barwę od złota do … złota. Wina jest tu zawsze po dostatkiem, ale to właśnie wczesna jesień uchodzi za najlepszy czas na jego degustację wzdłuż słynnej ponad stukilometrowej Route des Vins. Z niezbyt optymistycznych, deszczowych prognoz sprawdziło się tylko 40% - przez pozostały czas świeciło Słońce, a z pól wyrastały ogromne tęcze.


Najbliższe większe lotniska znajdują się w Strasburgu, Bazylei i Stuttgarcie, dalsze – w Zurychu, Frankfurcie i Monachium. Alzację najwygodniej jest zwiedzać samochodem, gdyż tylko tak można dotrzeć do mniej zatłoczonych miejsc, z dala od głównej trasy. Popularna jest również turystyka rowerowa (przemierzenie autem całej Route des Vins bez zatrzymywania się zajmuje nieco ponad godzinę).

Na pierwszy rzut oka, można tu szukać spokoju i wyciszenia, z dala od zgiełku miasta, ale tak naprawdę atrakcji jest nieskończenie wiele. Alzacja to bowiem nie tylko malownicze winnice, urokliwe wioski i miasteczka – to również monumentalne zamki, duże międzynarodowe miasta, fabryki ekskluzywnych samochodów (Bugatti w Miluzie) czy kawałek tragicznej historii II wojny światowej (obóz koncentracyjny Natzweiler-Struthof).

Colmar
Stolicą regionu, ale też Unii Europejskiej (obok Brukseli) jest Strasburg – miasto ze spektakularną katedrą i charakterystyczną dla Alzacji zabudową w dzielnicy Petite France. Ten pierwiastek międzynarodowości nadaje mu jednak charakteru wielkomiejskiego, przez co bardziej reprezentatywny będzie moim zdaniem Colmar, zaliczany do najpiękniejszych miasteczek Starego Kontynentu. Poprzecinany jest kanałami (kilkoma, ale zawsze coś), kolorową i cukierkową zabudową i witrynami z francuską modą, co razem tworzy niepowtarzalny klimat. Choć trudno o lepszą przynętę na turystów, zwiedzałyśmy miasto w sobotni wieczór i niedzielny poranek, w strugach deszczu (a czytałam, że jest to najbardziej suche miejsce we Francji), dzięki czemu wszystkie te urokliwe uliczki były całkiem wyludnione, choć nie można powiedzieć, że sezon się zakończył – w doniczkach kwitły wciąż kwiaty.

Eguisheim
Nieopodal Colmaru leży Eguisheim, jedna z czterech wiosek regionu zrzeszonych w organizacji Les Plus Beaux Villages de France (należą do niej najpiękniejsze wioski w kraju). Choć kręci się tu wielu turystów, warto zajrzeć. Największe tłumy przyciąga Riquewihr. Kilka kilometrów dalej znajduje się maleńkie Hunawihr z górującym nad resztą zabudowy XIV-wiecznym kościółkiem wynurzającym się z winnic. Wszystkie te miasteczka szczycą się średniowieczną zabudową, w większości przypadków ograniczoną do jednej ulicy, tak więc zwiedzanie nie zajmuje wiele czasu, pod warunkiem oczywiście że nie pochłoną nas degustacje. Pewną odmianę może stanowić wybudowany na wzniesieniu o wysokości prawie 800 m n. p. m. średniowieczny zamek Haut-Koenigsbourg, z którego roztacza się imponujący widok na okolicę.

Kuchnia
Mieszkańcy Alzacji jedzą trochę inaczej niż Francuzi np. z Paryża. Przede wszystkim ich kuchnia jest ciężka i sycąca, podobnie jak niemiecka. Dominują w niej: mięso, ziemniaki, cebula. Dwa sztandarowe dania obfitują w kalorie i cholesterol i bynajmniej nie kojarzą się z romantyczną kolacją. Pierwsze z nich, choucroute (szukrut) to kapusta kiszona podawana z różnego rodzaju mięsem: szynką, boczkiem, kiełbasą. Do kapusty, jeszcze na etapie kiszenia, dodaje się jagody jałowca oraz gęsi tłuszcz lub smalec, które nadają daniu niepowtarzalny smak. Baeckeoffe to natomiast zapiekanka z ziemniaków, wieprzowiny i baraniny, podana w tradycyjnym alzackim naczyniu. Mięso jest wcześniej marynowane w winie i pieczone przez kilka godzin z piekarskim piecu. Całość najlepiej popić piwem, które jest tu skąd inąd niezłe. Do najsłynniejszych regionalnych browarów zaliczają się: Kronenbourg, Fischer i Adelshoffen. Z całą pewnością jest to najbardziej piwny region Francji.

Ci, którym bliżej do wyrafinowanej kuchni francuskiej, nie wyjadą jednak zawiedzeni. Smaczną wizytówką Alzacji jest tarte flambée, w Niemczech nazywana Flammekueche. To taka pizza na cieniutkim cieście, przypominającym macę - jest więc o wiele lżejsza od tradycyjnej włoskiej pizzy. Oryginalnie podawana ze śmietaną, boczkiem i cebulą, pojawia się dziś w kartach z najróżniej skomponowanymi składnikami. Zwłaszcza u sąsiadów zza Renu, gdzie dostępna jest we wszystkich zachodnich landach, restauracje oferuję „włoskie” warianty (np. rucola i mozarella).


Więcej na temat kuchni alzackiej na tej stronie.

środa, 23 października 2013

Praga czeska



Chlubą miast nowoczesnych są designerskie restauracje, kawiarnie i bary, urządzone z pomysłem, pod chwytliwą nazwą. Takie miejsca bywają przyjemne, ale na próżno szukać w nich jeszcze ducha historii. Praga, choć dużo bardziej wielokulturowa i liberalna od polskich miast, przyciąga natomiast secesyjną atmosferą: ponieważ przy stołach tutejszych lokali powstawały dzieła najważniejszych artystów, tradycja kawiarni literackich uchowała się do dziś i śmiało można zwiedzać to miasto szlakiem tych historycznych restauracji, które pozwalają wyobrazić sobie, jak żyli wielcy twórcy XX czy XIX wieku. 


Stolica Czech położona jest na wzgórzach, skąd wynika szereg jej innych cech: jest całkiem nieprzystosowana do rowerzystów, ale jest również piękna. To także miasto:

  • gąszczu wieżyczek i kopuł, do zaobserwowania z jednego z punktów widokowych (np. na Hradczanach lub z wieży ratusza na Starym Mieście). Te najbardziej charakterystyczne wieże należą to Kościoła Tyńskiego i stały się dla mnie kwintesencją czeskiej architektury;
  • ponoć niemiłych kelnerów (a zatem miasto dla ostrożnych: na nie zawsze wręczanym rachunku odnaleźć można kwotę powiększoną o szereg niezamówionych pozycji);
  • świetnie utrzymanych kamienic, z których każda mogłaby uchodzić u nas za perełkę i dla których warto opuścić ścisłe centrum;
  • dla ludzi z dobrą kondycją, gdyż przystanki komunikacji miejskiej znajdują się w pewnym oddaleniu od tych najsłynniejszych miejsc, w związku z czym trzeba się tu trochę nachodzić;
  • witryn, z których spogląda na przechodniów Krecik;
  • miasto, w którym nie ma dwupiętrowych autobusów ani dorożek dla turystów, są za to stare czerwone (i nie tylko) samochody. Kierowca takiego auta przewiezie chętnych m.in. przez dawną dzielnicę żydowską i ulicę Paryską, na której rozwinął się handel dobrami luksusowymi – swoje butiki mają tu najdroższe domy mody.
Jest jednak kilka miejsc, do których trzeba dotrzeć na piechotę. Przez jeden z najsłynniejszych mostów świata, XIV wieczny most Karola nie przejedziemy autobusem czy samochodem. Mimo to w ciągu dnia jest tu tak ciasno, że trzeba nadludzkiej cierpliwości, by przedrzeć się na drugą stronę lub zrobić pamiątkowe zdjęcie. Ciekawą opcją wydaje się więc być mniej oblegana pora, jak na przykład wschód Słońca. Z ruchu kołowego i poniekąd pieszego wyłączona jest Złota Uliczka na Hradczanach. Zamieszkiwana w przeszłości przez złotników, biedotę i artystów, dziś dostępna jest tylko dla tych, którzy zechcą zapłacić za wstęp. Na tym tle wyróżnia się Tańczący Dom, przykład architektury nowoczesnej (wybudowany wszak został w 1996 roku).

Kawiarnie, karczmy i jedzenie uliczne
Jak pisałam, nieodłącznym elementem praskiego rynku gastronomicznego są kawiarnie, zwłaszcza literackie. Lokale te od lat funkcjonują w najlepszych praskich lokalizacjach. Nawet jeśli można mówić o znaczącym przereklamowaniu i nawet jeśli 90% klientów stanowią dziś turyści, warto wpaść chociażby do najsłynniejszej z nich, Cafe Slavia, śladem aktorów mieszczącego się naprzeciwko Teatru Narodowego, którzy niegdyś wpadali tu na pogaduchy po ciężkim dniu pracy. Firmową pozycją w karcie jest seksint – koktajl z szampana i absyntu. Ponoć smak pozostawia wiele do życzenia, ale spróbować trzeba – jeśli znajdzie się stolik z widokiem na rzekę Wełtawę, może to być nawet ciekawym doświadczeniem. Są również miejsca, w których można odpocząć od turystycznego zgiełku, jak chociażby Le Patio przy ulicy Národní 22.
Pierwsza rada dla turystów odwiedzających Pragę brzmi: zanim wyjdziesz na Starówkę, sprawdź w przewodniku/ Internecie lub najlepiej zapytaj mieszkańca tych okolic o polecaną restaurację. Z dużym prawdopodobieństwem wizyta w niesprawdzonym lokalu, który „wygląda ładnie” zakończy się - jak w moim przypadku - gastronomiczną wpadką, niemającą nic wspólnego z tradycyjną kuchnią czeską. Dlatego warto postawić na proste karczmy, których niewątpliwą zaletą są niskie ceny, duże porcje i tradycyjne, smaczne jedzenie. Koniecznie trzeba zajrzeć do Havelskiej Koruny – lokalu położonego tuż przy Starówce i utrzymanego w stylu baru mlecznego. Przy wejściu otrzymacie tu karteczkę, na której będziecie zbierać numerki wybranych dań. Na koniec, przy wyjściu uiszcza się opłatę na podstawie takiego właśnie rachunku. W menu znajdziecie tu chociażby zupę czosnkową, ziemniaczaną, smażony ser, knedliki na słodko lub na słono, czy miodownik, czyli wszystko to, z czego słynie kuchnia czeska. 
Już na Starówce kuszą stoiska z jedzeniem  ulicznym: kiełbaskami, plackami ziemniaczanymi podawanymi z kapustą, naleśnikami czy trdelnikami. Trdelnik to tradycyjne słodkie ciasto opiekane nad ogniem, popularne w Czechach, na Słowacji i Węgrzech (tam znane jest pod nieco inną nazwą). Owijane jest wokół rożna i posypywane cukrem wymieszanym z orzechami oraz cynamonem, które nadają mu ciekawy smak.