Poszukiwania autentycznych Chin, kiedy miałam do dyspozycji dwa dni, a moją bazą wypadową był Szanghaj, przywiodły mnie do Klasztoru Shaolin. Od razu wiedziałam, że to jedno z tych miejsc w Chinach, które muszę zobaczyć. Na Wielki Mur Chiński łatwiej będzie w przyszłości wrócić, a żeby dotrzeć nad rzekę Li, potrzeba było więcej czasu i większej responsywności ze strony obsługi klienta w lokalnych tanich liniach lotniczych.
Klasztor Shaolin wydał mi się
idealnym celem samotnej podróży, takiej z gatunku „szukam odpowiedzi na
pytanie, co zrobić ze swoim życiem?”. To nie tylko kolebka kung fu, którego
nauki w sumie nie miałam nigdy w planach, ale również techniki medytacji, którą
miałam okazję poznać w Austrii. Wśród tłumów chińskich wycieczek odpowiedzi na
moje pytanie nie znalazłam, ale na pewno czuć w tym miejscu jakąś wyjątkową
aurę.
Klasztor Shaolin leży w Dengfeng,
dwie godziny jazdy autobusem na zachód od Zhengzhou, w prowincji Henan. Cała
tzw. scenic area, objęta płatnym
wstępem, składa się z właściwej świątyni, Lasu Pagód, czyli cmentarza, na
którym chowano wybitnych mnichów, centrum treningowego – areny komercyjnych
lecz imponujących pokazów, kilku mniejszych świątyń w górach, do których można
się wspiąć lub dojechać kolejką linową i centrum turystycznego, czyli uliczki z
kilkoma hostelami i sklepikami. Od rana pełno tu zwiedzających, głównie
chińskich, więc podobnie jak w całym kraju, ciężko jest dogadać się w innym niż
chiński języku. Nie jest łatwo nieznającym go turystom, którzy podróżują w pojedynkę.
Choć początki Klasztoru datowane
są na V wiek, a już od XVI wieku był on przedmiotem badań i opracowań
monograficznych, sławę w świecie zyskał dzięki superprodukcji „KlasztorShaolin” z 1982 roku.
Stał się wówczas celem wycieczek, a na całym świecie powstały oficjalne filie,
w których naucza się kung fu. Pierwotnie wzgórza otaczające dzisiejszy
klasztorny teren były świętym miejscem dla hinduistów. Mnichom buddyjskim,
którzy tu potem osiedli, w okresie dynastii Ming
powierzono zadanie stworzenia milicji w służbie
cesarstwa. Zawdzięczali to biegłości w sztukach walki: najpierw w
walce kijami, potem w walce wręcz. Do dziś są mistrzami we wszystkich
wykształconych na przestrzeni wieków stylach. Badacze dziwią się, dlaczego jako
wyznawcy buddyzmu, mnisi nie stronili od przemocy a co więcej, spożywali mięso.
Tłumaczy się to dziś na kilka sposobów, przede wszystkim cesarskim dekretem
uchylającym ten zakaz. Mnisi traktowali treningi również jako formę ćwiczenia
duchowego. Mało kto może dorównać im zwinnością. Z czasem do kanonu sztuk walki
włączono również stosowaną przez nich technikę medytacji polegającą na skupieniu
wewnętrznej siły qi w danej części
ciała, co podnosi odporność na zewnętrzne bodźce. Nie wiedzieć czemu, w
polskiej literaturze ciężko jest znaleźć cokolwiek na ten temat*, podczas gdy na
przykład w Austrii i Niemczech poświęcone są medytacji Shaolin całe kursy.
*zainteresowanym tym tematem
polecam opracowanie M. Shahar, „Klasztor Shaolin. Hitoria, religia i chińskie sztuki walki”,
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Karków 2011.